Books

Książka: Operacja MOST

Dariusz Wilczak • Wydawnictwo Fronda (2014)

Prawie 100 000 Żydów przerzuconych na trasie Moskwa – Warszawa – Izrael w latach 1990 – 1992

Dyplomatyczne negocjacje pomiędzy USA, ZSRR, Izraelem i Polską • Tajna akcja komandosów przyszłego GROM-u. • Operacja współfinansowana przez firmę Art-B: Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego. • Losy sowieckich Żydów w „ziemi obiecanej”. • Po raz pierwszy w Polsce ujawniamy genezę, kulisy i przebieg tej fascynującej historii.

_______________________________________________
Urywki z książki: Dariusz Wilczak. “Most. Tajna operacja przerzutu Żydów.” iBooks.

Andrzej Gąsiorowski

Umówiliśmy się na dziesiątą rano. Dochodzi jedenasta, a jego ciągle nie ma. Spóźnia się, nie daje żadnego znaku, może zapomniał. Chociaż to do niego nie pasuje. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wreszcie dzwoni. Przeprasza. Poranne sprawy, nieprzewidziane zdarzenia w domu. Padła sieć komputerowa, zepsuł się kran, trzeba wezwać informatyka, hydraulika. Zdarza się. Prosi o cierpliwość, na pewno wkrótce przyjedzie, tym bardziej że ma tak blisko, właściwie gdyby wyjrzał z okna na piętrze, mógłby mnie zobaczyć, oczywiście gdybym wyszedł z baru i stanął na drodze, tej prowadzącej wzdłuż murów starego miasta. Radzi, żebym sobie skrócił czekanie. Tam obok jest amfiteatr, pałac Heroda, dalej port, przy samej plaży, a właściwie na plaży. Wystarczy pół godziny, żeby to wszystko obejrzeć, a on w tym czasie na pewno przyjedzie. To znaczy postara się, za pół godziny. Jeszcze raz przeprasza. O tej porze roku (początek marca) plaże Izraela są prawie puste. Niewiele osób decyduje się na opalanie, a jeszcze mniej na kąpiel w chłodnym morzu. Mamy wiosnę. Temperatura powietrza w południe nie przekracza dwudziestu pięciu stopni, temperatura wody plasuje się poniżej dwudziestu. Jak na izraelską riwierę to raczej zimno. Wieje wiatr, od czasu do czasu pada deszcz. Pogoda jak w środku lata nad polskim Bałtykiem.
Bar, w którym teraz siedzę, jedyny przy wejściu na plażę, reklamuje świeże owoce z jakiegoś kibucu i mleko prosto od krowy – z innego kibucu. Na zewnątrz w równym rzędzie stoją zaparkowane autokary. W programie wycieczek Cezarea jest tak samo ważna jak Jerozolima, Tel Awiw-Jafa, Hajfa, Morze Martwe, a dla pielgrzymek do Ziemi Świętej – Betlejem.
Gdyby z tego miejsca, z Cezarei Nadmorskiej, iść plażą na północ, można by w kilka godzin dojść do Hajfy. Mniej więcej tyle samo czasu zajmie spacer na południe, do Tel Awiwu, przez Haderę, Netanję i Herclijję. Cały czas plażą, szeroką na kilkadziesiąt metrów. Biały, drobny piach, podobny do tego z Władysławowa, Łeby, Ustki. Izrael to bardzo mały kraj, mniej więcej taki, jak województwo mazowieckie. W tutejszej gazecie opublikowano kiedyś rozmowę z pilotem myśliwca. Żalił się, że piloci izraelskiej armii nie mają przyjemności z latania, bo ledwo się wzbiją w powietrze, już muszą skręcać, żeby nie wlecieć do Jordanii, Syrii, Libanu czy Egiptu. Najczęściej krążą więc w kółko nad swoim krajem, no chyba że wzlatują nad morze, dopiero wtedy mogą się nacieszyć i szybkością, i wysokością.
Cezarea Nadmorska nie jest wcale miastem, nie jest nawet wsią. To osiedle – kilkadziesiąt wielkich posiadłości ukrytych wśród palm, kaktusów, drzew oliwnych, cytrusowych i kilkaset mniejszych wilii. Na brzegu morza. Pierwszy rząd domów stoi nie dalej niż sto metrów od plaży. Zieleń, słońce, przez cały rok przyjemnie, bez mrozu zimą i bez upałów nie do wytrzymania, zdarzających się latem kawałek dalej, w głębi lądu. Tak mógłby wyglądać raj na ziemi. Jeszcze ten zapach – kwiatów, owoców i słonej wody. Do tego raju od czterdziestu lat, od kiedy Rothschildowie oddali młodemu jeszcze państwu kawał swojej ziemi między Tel Awiwem a Hajfą, ściągają najważniejsi i najbogatsi obywatele Izraela. Przewodnicy oprowadzający wycieczki po ruinach antycznego miasta lubią powtarzać, że na tym maleńkim skrawku niewielkiego kraju usadowili się główni przedstawiciele izraelskiego kierownictwa. Tego politycznego i tego biznesowego. Oprócz potomków protoplasty rodu Rothschildów, Izaaka, swoje domy mają tu też premier Beniamin Netanjahu, były prezydent Ezer Weizman, znany przedsiębiorca żydowski Eitan Wertheimer, biznesmen i polityk Avram Schapira oraz paru znanych sportowców, jak choćby słynna golfistka Laetitia Beck. W Cezarei swoją posiadłość wzniósł też jeden z bogatszych ludzi świata – Arkadij Gajdamak, urodzony zresztą w połowie ubiegłego wieku daleko stąd, bo w Moskwie. Obok stoi, zbudowana za 120 milionów dolarów, rezydencja (dziesięć tysięcy metrów powierzchni użytkowej) Borisa Kogana, rosyjskiego multimiliardera, i znane w całym Izraelu, a należące do innego miliardera, Harry’ego Recanatiego – Ralli Museum, z kolekcją obrazów Pabla Picassa i Salvadora Dalego. Zanim ci wszyscy znani ludzie sprowadzili się do izraelskiego raju nad samym brzegiem Morza Śródziemnego, swój pałac miał tu Herod Wielki. To także tutaj rezydował prokurator Judei Poncjusz Piłat, a święty Piotr zatrzymywał się tu w czasie swoich licznych podróży. W Cezarei w 66 roku zaczęło się pierwsze powstanie żydowskie przeciwko Cesarstwu Rzymskiemu, a niespełna sto lat później również tutaj skończyło się ostatnie – powstanie Bar-Kochby.

Żyd Józef Flawiusz w Dawnych dziejach Izraela pisze:

Również między Syryjczykami a Żydami zamieszkałymi w Cezarei doszło do zatargu o równość praw obywatelskich. Żydzi chcieli mieć większe prawa z tej przyczyny, że ich król Herod, założyciel Cezarei, był z pochodzenia Żydem. Syryjczycy nie zaprzeczali, że to, co mówią o Herodzie, jest prawdą, twierdzili jednak, że Cezarea nosiła przedtem nazwę Zamku Stratona i wtenczas nie było w ich mieście ani jednego mieszkańca Żyda. Dowiedziawszy się o tym, zarządcy prowincji kazali pochwycić inspiratorów buntu z jednej i drugiej strony i wymierzyć im karę chłosty. Tak uśmierzyli rozruchy, ale tylko na krótki czas, bo mieszkający w Cezarei Żydzi, zadufani w swoje bogactwo i dlatego patrzący z pogardą na Syryjczyków, znowu poczęli miotać na nich obelgi, pragnąc ich rozjątrzyć. Ci znów, choć ustępowali im zamożnością, jednak nadęci pychą dlatego, że większą część stacjonujących tam, służących na żołdzie rzymskim żołnierzy stanowili mieszkańcy Cezarei i Sebaste (Samarii), sami też częstokroć urągali Żydom obraźliwymi słowami. W końcu nawet jedni drugich obrzucali kamieniami. I po obu stronach znalazło się wielu rannych i zabitych. Zwycięzcami byli jednak Żydzi. Feliks, widząc, że spór ten przeradza się w prawdziwą wojnę, udał się na miejsce i wezwał Żydów do spokoju. A ponieważ go nie usłuchali, wyprawił na nich zbrojnych żołnierzy. Wielu z nich zabił, jeszcze większą część wziął do niewoli i pozwolił ograbić niektóre domy w mieście, w których było pełno wszelkiego bogactwa. Lecz spokojniejsi i cieszący się poważaniem Żydzi, z obawy o siebie samych, prosili Feliksa, aby dla oszczędzenia pozostałych zatrąbił wojsku na odwrót, a im pozwolił okazać skruchę za popełnione czyny. Feliks przychylił się do ich prośby.

W jednej z tutejszych piętrowych willi z rozległym ogrodem mieszkał długie lata ważny dla Izraela polityk Mosze Arens – na przełomie lat 80. i 90. minister spraw zagranicznych, a potem minister obrony narodowej. Arens kilka lat temu wyprowadził się z Cezarei. Swoją posiadłość sprzedał człowiekowi, na którego czekam i który przeprasza, że się spóźni.
Nazywa się Andrzej Gąsiorowski – w Polsce znany jako współwłaściciel, razem z Bogusławem Bagsikiem, przedsiębiorstwa o nazwie Art-B, do niedawna poszukiwany listem gończym, od ponad dwudziestu lat obywatel Izraela. W swoim nowym kraju bardziej znany jako filantrop, założyciel Helping Hand Coalition – organizacji zajmującej się pomocą rodzinom ofiar Holokaustu i żydowskim emigrantom – muzyk, kompozytor, przyjaciel wielu artystów, polityków, między innymi premiera Netanjahu, z którym sąsiaduje w Cezarei, tuż obok najbardziej znanego w Izraelu pola golfowego.
Gąsiorowski przyjeżdża w samo południe, spóźniony dwie godziny. Ma jeszcze coś do załatwienia w Tel Awiwie. Ruszamy jego buickiem. Po drodze mamy się zatrzymać w Herclijji – na obiad. Zmierzamy w kierunku autostrady numer dwa, łączącej Hajfę z Tel Awiwem. Jedziemy wolno, pada deszcz. Samochodów jest niewiele. Większy ruch zaczyna się tu dopiero na początku kwietnia i trwa do końca października, bo wtedy trwa izraelskie lato. Wycieraczki leniwie czyszczą przednią szybę.
I wtedy furgonetka jadąca z naprzeciwka nagle skręca na nasz pas. Gąsiorowski w ostatniej chwili zjeżdża na pobocze, unikając czołowego zderzenia.
– No – mówi żartem – Mosad. Pewnie nie chcą, żebyśmy rozmawiali – uśmiecha się i zwalnia. – Ludzie tu tak po prostu jeżdżą. Trzeba się pilnować.
Do Herclijji dojeżdżamy w kilkanaście minut. Miasto nazwano tak na cześć Theodora Herzla, twórcy współczesnego syjonizmu. Kiedyś, za czasów Bizancjum, było ono drugim pod względem wielkości, po Cezarei, miastem nadmorskiej równiny Szaron. Nazywało się wówczas inaczej – Apollonia. Dziś to drugie po Tel Awiwie najbogatsze miasto Izraela, założone tak naprawdę w latach 20. ubiegłego wieku przez siedem żydowskich rodzin – emigrantów z Europy, którzy na żyznych polach równiny urządzili jeden z pierwszych w Izraelu moszawów, czyli spółdzielni rolniczo-hodowlanych, tym różniących się od podobnych im kibuców, że możliwe było w ich ramach posiadanie własności prywatnej. W Herclijji znajduje się największy port jachtowy Izraela. Dziesiątki, może setki wielkich oceanicznych jachtów cumują na nabrzeżu, tuż przy słynnej w całym kraju restauracji rybnej. W tej restauracji, z oknami wychodzącymi na morze, będziemy rozmawiali.
Właściwie niewiele się zmienił od wyjazdu z Polski latem 1991 roku. Ta sama szczupła sylwetka, długie włosy, niewiele siwych, te same bystre oczy. Ma pięćdziesiąt sześć lat, a wygląda może na czterdzieści parę. Język polski, mimo upływu lat, bez akcentu – ani angielskiego, którym posługuje się na co dzień, ani hebrajskiego, który rozumie, ale którego rzadko używa.
On wie, po co przyjechałem. Ma pierwszy raz opowiedzieć o swoim udziale w Operacji „Most”, o prapoczątku Art-B i pieniądzach, jakie szły na aliję – wielki powrót Żydów do Ziemi Obiecanej w latach 90.

– Wiesz, dlaczego zgodziłem się mówić? – zaczyna i zaraz sam sobie odpowiada: – Bo upłynęło już wiele czasu, bo ludzie, którzy byli zaangażowani w Operację, są już na emeryturach, rentach albo pomarli, bo z punktu widzenia interesów Izraela, ale i państwa polskiego, nie ma powodu, żeby po tylu latach cokolwiek ukrywać. Minęło sporo czasu, nikomu nic już nie grozi. Przynajmniej tak mi się wydaje.
– Art-B powstała po to, żeby w niedalekiej przyszłości mogła dojść do skutku alija? Ten powrót Żydów ze Związku Radzieckiego i twój osobisty powrót?

– To dobra teza. Związana według mnie z przeznaczeniem. Kiedyś, po pierwszych latach spędzonych w Izraelu, byłem w dużej depresji, nie wiedziałem, o co chodzi w moim życiu, bo początek mojej aliji nie był łatwy. Wszystko się działo w konflikcie ze mną samym. Trafiłem wtedy na pewnego rabina. Generalnie z rabinami nie utrzymuję kontaktów, ale on chciał się ze mną bardzo zobaczyć. Ten rabin nazywał się dziwnie – Roentgen, jak ten od zdjęcia rentgenowskiego. On wyleczył albo lepiej powiedzieć – uzdrowił – mojego bliskiego kolegę z raka trzustki. Modłami, jakąś energią, którą przekazywał, nie wiadomo właściwie czym. W każdym razie ja – lekarz laryngolog, praktykujący przecież kiedyś w Polsce – nie rozumiałem, jak to się stało, że beznadziejny już przypadek został uleczony. Rabin Roentgen długo ze mną rozmawiał. Nie znał w ogóle historii mojego życia i chyba go nawet specjalnie nie interesowała. Mówił o jakichś dwóch przymierzach Boga – z ludem i z ziemią, że mam jakąś misję do spełnienia. Powiedział, że przede mną był ktoś, kogo ziemia wybrała, ale potem odrzuciła, i że właściwie było nas dwóch. Teraz tylko ja zostałem, bo tego pierwszego ziemia nie zaakceptowała. Takim alegorycznym językiem mówił, ale wydawało mi się, że go rozumiem. Pomyślałem o Bogusiu Bagsiku i o misji, jaką mógłbym spełnić. Mówię więc do rabina: „Może chodzi o pomoc ocalałym”? On: „Tak, właśnie tak”.
– Nie jesteś blisko Synagogi, prawda?
– Pochodzę z tradycyjnej, konserwatywnej rodziny protestanckiej Kościoła zielonoświątkowego. Oczywiście, z korzeniami żydowskimi, o czym mama mi powiedziała, jak byłem już dorosłym człowiekiem. Ojciec był czterdzieści lat pastorem, dziadek też czterdzieści lat. W czasach stalinizmu, kiedy można było stracić życie za wiarę. Choć nawet już po stalinizmie duchowni, jak wiadomo, tracili życie. Nikt z mojej rodziny nie zapisał się do partii, nikt się nie wyrzekł Boga. Ale jeśli chodzi o rabinów, to dla mnie obcy świat. Uczyłem się tego świata, szanuję go. Chociaż pierwszego Żyda zobaczyłem dopiero w 1990 roku, w Izraelu. Jak pierwszy raz przyjechałem do Tel Awiwu, to w moim i Bogusława otoczeniu zaczęli się pojawiać różni Izraelczycy, ludzie z Sochnutu1, jacyś pułkownicy, generałowie, z Szin Bet, z Mosadu nie Mosadu. W każdym razie nie znałem wtedy nawet tych nazw, a tym bardziej ludzi. I jak się wkrótce okazało, wszyscy byli zaangażowani w Operację „Most”.
– W którym momencie zdecydowaliście się wziąć udział w Operacji?
– To było wiosną ’90 roku. Padał deszcz, trochę tak jak teraz, patrzyliśmy w morze, też jak my dziś. Siedzieliśmy z Bogusiem dokładnie w tym samym miejscu, w którym jesteśmy teraz. On mówi: „Słuchaj, Andrzej, możemy wejść w operację pomocy w powrocie Żydów, co ty na to?”.
– Kto wam o tym powiedział?

– Nie wiem. Bogusław się z kimś widział, rozmawiał. My byliśmy w ciągłym ruchu, spotykaliśmy się z wieloma ludźmi. Informacje, jakie sobie z Bogusławem przekazywaliśmy, były na zasadzie krótkiej wojskowej komendy, bo cały dzień on i ja mieliśmy różne spotkania. Nie było możliwości, żeby zorganizować jedno wspólne – z całym tym mnóstwem osób. Podejrzewam nawet, że nie było konkretnego człowieka, konkretnej rozmowy, z której dowiedzielibyśmy się o Operacji. Musiało być tych spotkań przynajmniej kilka. Ja wtedy, jak mi o tym Boguś powiedział, odpowiadam: „OK, wchodzimy w to”. Bogusław: „Ale wiesz, to może mieć konsekwencje, zaczynamy niebezpieczną grę dla nas samych”. Ja: „Wiem, Boguś, wiem”. I zaczynamy rozmawiać. Skoro nas poproszono o pomoc, to znaczy, że musimy przeznaczyć jakieś pieniądze. Ale na co? – zastanawiamy się. Na pociągi? A może statki? Próbowaliśmy układać logistykę Operacji, nie znając detali. Prawdopodobnie mózgiem całego przedsięwzięcia był ktoś z Sochnutu. Niedawno byłem na jakimś przyjęciu i zauważyłem znajomego Izraelczyka, który wtedy z nami współpracował. Spytałem go, jaka była jego rola w Operacji „Most”. A on: „Anioł stróż”. Tak to wtedy rzeczywiście wyglądało. Nie znaliśmy funkcji uczestników akcji ze strony Izraela, chociaż domyślaliśmy się, że wszyscy oni są mniej lub bardziej związani z tajnymi służbami. Kiedy czasem spotykam się z osobami, które wtedy pracowały w Ambasadzie Izraela w Warszawie, opowiadają, że już po naszym wyjeździe…
– Po ucieczce?
– Myśmy nie uciekali. Wyjechaliśmy za którymś razem i już nie wróciliśmy. W każdym razie po naszym wyjeździe Wałęsa dzwoni do ambasadora Izraela i ochrzania go, mówiąc, że mają nas wydać. Oczywiście trochę żartem to mówi. Pierwszy kontakt z Operacją mieliśmy więc w Izraelu. Potem przyjeżdżamy do Pęcic, do siedziby Art-B pod Warszawą. Jest Dziewulski, jego komandosi z Okęcia, słabo wyposażeni. Już wiemy, że do ochrony Operacji będą potrzebni ludzie i sprzęt. Organizujemy jakieś pozwolenia. Ładują nam jakieś skrzynki w Tel Awiwie, przywozimy je samolotem. Nie wiem co to, pamiętam strzępy faktów. Chłopcy się cieszą, mają uzbrojenie, jakie chcieli, mają jeepy, powstaje taka mała, prywatna armia.

– Ale na tych lotniskach, obojętnie czy to Okęcie, czy lotnisko Ben Guriona, ktoś to musiał kontrolować.
– Z tego, co ja wiem, wszystko było zorganizowane po obu stronach. Mieliśmy zawsze VIP-owskie przejście, z taksówki od razu do samolotu, wszystko było załatwione. W tym czasie bardzo dużą rolę odegrał Yossi Genosar. Pracował u nas, był przez nas zatrudniony w firmie polsko-izraelskiej Polikom, którą założyliśmy. W Izraelu był wysokim funkcjonariuszem Szin Bet – to coś jak FBI. Ja byłem trochę wystraszony. Mówiłem: „Boguś, co my robimy?”. Zatrudniać to my sobie możemy ludzi z ulicy, ale przecież ten Genosar to były szef ważnej struktury bezpieczeństwa Izraela, służb specjalnych. Ale potem zauważyłem, że oprócz Genosara było paru innych ludzi ze służb izraelskich, którzy kontrolowali Operację. Niby pozostawali niewidoczni, ale gdy należało rozwiązać jakiś problem, to nagle się pojawiali. Doszedł do tego handel bronią. To znaczy – my handlowaliśmy bronią, ale oni też brali w tym udział. Bo to się dzieje tak, że z kimś rozmawiasz i może nawet do końca nie wiesz kto to, potem jesteś przedstawiany kolejnej osobie i tak dalej, jak po sznurku. W ten sposób poznaliśmy „Janusza” Ben-Gala”.
– Nie sprawdzaliście wtedy, kto jest kto?
– Nie, my tu do Izraela nie przyjeżdżaliśmy czegokolwiek i kogokolwiek sprawdzać, tylko robić biznes i odnieść sukces. To nas interesowało.
– Oscylator był też po to, żeby zdobyć pieniądze na Operację?
– Nie. On był raczej po to, żeby pieniądze odzyskać. Oscylator to sztuczny twór, coś, czego nie ma. Wygłup polegający na tym, że jak na przykład zaczęliśmy ściągać telewizory, to mieliśmy w pewnym momencie 300 milionów dolarów, ale pojawił się problem odzyskania pieniędzy z rynku, bo dawano nam jedynie czeki, a czeki realizowano drogą pocztową. Naszą intencją było zbuforować trzy miesiące i wziąć pieniądze od razu, nawet potem zrezygnowaliśmy z odsetek, bo chcieliśmy odzyskać tylko płynność kapitału. Ja przed medycyną studiowałem fizykę jądrową, umiałem liczyć, mówiłem Bogusiowi, że nawet gdybyśmy byli w Ameryce, to ten system by się przegrzał, przepalił. Zamienić czek na pieniądze dzisiaj i kupić następny towar jutro – o to chodziło. Żaden Mosad w tym nie miał udziału. A przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

– No ale skądś musieliście posiąść wiedzę na temat oscylatora.
– Ktoś nam to wytłumaczył…
– Ale kto? Gdzie? W Izraelu?
– Nie wiem, czy w Izraelu, może w Polsce.
– Ale Izraelczycy, tak?
– No tak, ale nie pamiętam kto konkretnie. W każdym razie ktoś nam wytłumaczył, że w Polsce obowiązuje ten sam chory system, który był kiedyś w Izraelu. Kiedy Izrael oddał Egiptowi Synaj, nagle zrobiła się hiperinflacja. Trzycyfrowa. Żeby ją stłumić, wymyślili mechanizm – 30 procent na walucie krajowej, libor na dolarze, zakaz drukowania pieniędzy i zamrożenie płac. Efekt – po miesiącu kończą się lokalne pieniądze, bo wszyscy inwestują. Jednocześnie spada popyt na dolara, więc zabija się czarny rynek tej waluty. Dokładnie to samo zastosowano w Polsce – to tak zwana reforma Balcerowicza.

Zdawałem sobie sprawę, że ten mechanizm uderza w nas, bo jeśli ja sprowadzam telewizory, to mnie guzik obchodzi, jaka jest inflacja i co sobie tam wymyślili w Banku Światowym i Funduszu Monetarnym. Ja chcę mieć dostęp do pieniądza na drugi dzień. A ponieważ skończyły się pieniądze na rynku, to zostały czeki i trzeba było te czeki upłynnić. Oscylator służył temu, że zakładało się bank i wyciągało pewną kwotę i to już był sukces, bo na tej podstawie można było stworzyć wartość i otworzyć nową akredytywę. Nie chodziło absolutnie o działalność zarobkową. Wyliczyłem to, poszedłem do „Gazety Bankowej” i mówię, że jak zrobimy taką operację, że pięć banków na dobę odwiedzimy, a mamy dwadzieścia dni roboczych w miesiącu – to dotrzemy do stu banków i każdy czek zarobi sto procent dziennie. A w „Bankowej” mówią, że to niemożliwe. Kluczowy moment, bo jak my niby mogliśmy mieć zamysł popełnienia przestępstwa, jeśli ja to „przestępstwo” zgłaszam do bardzo wtedy popularnej gazety i jeszcze mówię: „Panowie, zmieńcie ten system, bo on wali w całą gospodarkę”. Jak można normalnie funkcjonować, skoro blisko jedna trzecia kapitału jest zamrożona przez tak zwaną drogę pocztową czeku? O co chodzi?Dyliżansem te czeki wożą i dlatego to tak długo trwa? Rozwalenie tego systemu leżało w interesie Polski, polskiej gospodarki, bo jak na realizację czeku się czeka miesiąc, to znaczy, że przez ten miesiąc jakiś bank obraca naszymi pieniędzmi. To jest dopiero przekręt!
– Nikt was nie prowadził za rękę? Nikt za was nie wymyślał tych skomplikowanych systemów finansowych? Żaden Mosad? Żadne izraelskie służby?
– Słuchaliśmy i wyciągaliśmy wnioski. Nikt nie mógł nas prowadzić, bo to było zbyt nieobliczalne. Dlatego włączyliśmy do naszego zarządu doradcę Banku Światowego – Walerego Amiela. Ale był z nami na zasadzie „siedź i słuchaj”. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Izraela, to nie mieliśmy żadnych wielkich pieniędzy.
– To jak długo wtedy, patrząc w morze, rozmawialiście, zanim zdecydowaliście się sfinansować Operację „Most”?
– Nie wiem, może z pięć minut, może z dziesięć. My wtedy trudne tematy omawialiśmy w minutę.

Ten był najtrudniejszy, więc zajęło nam to pięć do dziesięciu minut. I do roboty. Potem Bogusław z kimś jeszcze rozmawiał, ja z kimś innym, już nawet nie pamiętam nazwisk, ale każdy poprzedni rozmówca poznawał nas z następnymi. Trudno, żeby sobie zapisywać wszystkie nazwiska, a to były spotkania, na których bardzo rzadko dawano nam wizytówki. Ci ludzie wiedzieli dokładnie, kim my jesteśmy, a my przeważnie nie mieliśmy pojęcia, kim oni są, ale jeśli już zostaliśmy z nimi umówieni, to znaczyło, że rozmawiamy z osobami ważnymi i kompetentnymi. W kawiarniach to się działo, nie w jakichś firmach czy urzędach państwowych. Bo wszystko, co najważniejsze, jak wiadomo, zawsze powstawało w kawiarniach. Potem wracamy do kraju. Nie mamy żadnego konkretnego planu. Ten plan się rodzi w kolejnych tygodniach. Przyjeżdżamy do Izraela na dwa, trzy, cztery dni. Bogusław spina coś ze swojej, ja ze swojej strony.
– Co to znaczy – spina?

– Kilka spotkań Bogusia, głównie z dyplomatami izraelskimi, z przedstawicielami ambasady w Warszawie – to było po stronie Bogusława. Ja się pospotykałem z tymi pułkownikami, generałami izraelskimi, bo oni już zaczęli przyjeżdżać do Polski, żeby zakładać security na Okęciu. Już operacyjnie wtedy gadamy – co jest potrzebne: samochody, broń, pensje, helikoptery. No i poszły konie po betonie. Bogusław rozmawiał strategicznie, a ja to wdrażałem w życie. Ale czasem było na odwrót. Wszystko działo się szybko. Trudno tak po latach dokładnie zdefiniować i podzielić nasze role, moją i Bogusia. Najważniejsze rozmowy miały miejsce dość wcześnie, tuż po wizycie premiera Mazowieckiego w Stanach5. Ale trzeba pamiętać, że u nas, w naszych firmach pracowali także ludzie, którzy byli potem w sztabie wyborczym Mazowieckiego, jak kandydował na prezydenta. Dziś, z perspektywy czasu, patrzę na to wszystko, co się wtedy działo, jak na ciąg zdarzeń, których nie byliśmy w stanie kontrolować. Wytworzył się totalny chaos. Biznes, służby specjalne, polityka i na dokładkę jeszcze alija z ZSRR. Służby izraelskie zresztą najlepiej działają w warunkach chaosu i zagrożenia. Zostało to nam wynagrodzone miękkim lądowaniem w Izraelu i nietykalnością. Bo potem – opowiadano mi po latach dopiero – polskie służby próbowały wymóc na izraelskich, żeby nas sprowadzić. Zawsze z tamtej strony padała odpowiedź: nie.
– Bagsika zatrzymano.
– Tak, ale to jego prawnik go zdradził. Zresztą nie tylko jego, innych klientów też. Chodziło oczywiście o pieniądze. Ten prawnik to, nawiasem mówiąc, obywatel Izraela, który wcześniej przepracował wiele lat w służbach. A ja dostawałem telefony z UOP, że Bagsik jest na nartach w Szwajcarii i żeby szybko z tych gór zjeżdżał, bo będzie niedobrze. Nikt go nie chciał złapać. Jeżeli ktoś jak Bagsik – i ja też – jest pod parasolem, a wychodzi dobrowolnie na deszcz, no to robi się mokry. Dyscyplina zawsze musi być: siedź na dupie, a jak nie siedzisz, to sprawdź, czy ci coś nie grozi. My byliśmy wtedy zagrożeniem. Mieliśmy kontrakty zbrojeniowe. Kupowaliśmy wszystko ot tak, za gotówkę. Co chcieliśmy. A dziś jestem przyjmowany przez prezydenta Izraela. Robię Dzień Niepodległości. Założyłem koalicję fundacji – dwieście pięćdziesiąt organizacji na całym świecie, dwa miliony członków w samym Izraelu. Zajmujemy się ratowaniem i zachowywaniem pamięci o Żydach. Nie chodzi o biznes czy pieniądze. Robimy to, czego nikt nie zrobił. W Izraelu mają złą logistykę. W Yad Vashem rozmawiałem kiedyś z pewnym człowiekiem, nie pamiętam już jego nazwiska, i mówię:

“„Przecież tysiące młodych Izraelczyków, używając swoich iPhone’ów, mogą każdego dnia przekazać setki tysięcy historii związanych z pamięcią narodu żydowskiego”. A tymczasem dziesięć miliardów dolarów przeznaczono w ostatnim czasie na asymilację nowych mieszkańców państwa. W związku z tym poszły w górę ceny mieszkań i ceny usług. Wielu ludzi się nie zaadaptowało, nie nauczyło się nawet hebrajskiego. Powiem ci wprost: ja stałem się liderem tego świata. Niepisanym liderem około stu tysięcy ludzi. To mała partia. Gdybym z nią wystartował do Knesetu, dostałbym około 3 procent głosów i mógłbym wprowadzić do parlamentu trzech deputowanych. Zapraszam cię do Muzeum Wojsk. Transmisja dla pięciuset milionów ludzi na całym świecie. Cud. Przyjechałem jako biznesmen, a teraz próbuję coś zrobić dla tego kraju. Dla mnie to terapia zajęciowa. Wyleczyłem się z przeszłości. Z przeszłości zostało mi tylko nazwisko i kod genetyczny. Ale dla starszych, pamiętliwych, Gąsiorowski zawsze będzie przestępcą, który nakradł w Polsce i wywiózł to Żydom.
– Mówmy o Operacji „Most”.
– Mieliśmy w Art-B departament finansowy. Wszystko, co kupowaliśmy na potrzeby Operacji, było księgowane. Nic nie szło na lewo. Służby obliczyły, że najlepiej będzie robić przerzut ludzi samolotami. To zawsze były boeingi 747. I Boguś, i ja kilka razy lecieliśmy tymi maszynami. Siedzieliśmy za firanką, tak że nie było nas widać. W tamtą stronę samolot leciał wypchany ludźmi, a w drugą, do Polski – pusty. „Co wy tak latacie na pusto do Polski, przecież szkoda pieniędzy” – mówiliśmy do oficerów izraelskich, którzy organizowali Operację. Bo my z Bogusiem do końca nie wiedzieliśmy, jak to działa. Kiedy nam wytłumaczono, że to ze względów bezpieczeństwa te puste loty, wtedy nie zadawaliśmy niepotrzebnych pytań. Jak w wojsku. Chcecie, żebyśmy zabezpieczyli odcinek? Ten finansowy? OK. I to wszystko. Jak się pracuje z ludźmi ze służb, to trzeba bardzo uważać na pytania. Zdawałem sobie sprawę, że wszyscy muszą być przeszkoleni: piloci, stewardesy, technicy na lotniskach. Tak naprawdę nad aliją pracowała cała struktura państwa Izrael. Dziś to rozumiem, bo znam ten kraj. Wtedy chcieliśmy pokazać temu państwu, że jesteśmy awangardą. Ideą był oczywiście biznes, a udział w Operacji „Most” miał pokazać, że mamy dobre intencje wobec Izraela. Ostatecznie okazało się, że ci Żydzi, którzy przyjechali wtedy ze Związku Radzieckiego, robią tu potężną transformację. Gdyby nie oni, Izrael byłby z jednej strony ortodoksyjny, a z drugiej arabski. Ktoś przeliczył, że wkład intelektualny rosyjskiej aliji w państwo izraelskie można wycenić na około 50 miliardów dolarów. Tyle „Ruskie” dały swojemu nowemu krajowi.
– A ile pieniędzy wydaliście z konta Art-B na Operację „Most”?
– Czy ja wiem… Tak z kilka milionów mniej więcej.
– Kilka milionów czego?
– Dolarów.

Jest już późno, pada deszcz, Gąsiorowski musi zdążyć przed szóstą do Tel Awiwu. Ma jakieś spotkanie. Co parę minut odbiera telefony, dzwonią regionalni przedstawiciele Helping Hand Coalition. Z Moskwy, Paryża, Berlina, Nowego Jorku. A do tego dzisiaj są urodziny jego żony.
– Może jakaś drobnostka od jubilera, co? Kobiety lubią takie rzeczy – mówi. – Coś niewielkiego, a gustownego. Gustownego, niekoniecznie bardzo drogiego. Tak, tak będzie dobrze.


Bogusław Bagsik

– Pięćdziesiąt lat. Taka jest klauzula milczenia. Ona mnie obowiązuje. Sam rozumiesz, nie mogę, no naprawdę nie mogę opowiadać o szczegółach. Właściwie w tym miejscu rozmowa z Bogusławem Bagsikiem mogłaby się skończyć. W chwili, w której się dopiero co zaczęła. Nie wiadomo, komu obiecywał milczenie, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo czy na pewno. Ma teraz pięćdziesiąt lat. Kiedy będzie mógł mówić, dojdzie do siedemdziesięciu pięciu. Tylko że wtedy jego opowieści mogą już nikogo nie interesować. Trudno. Próbujemy. Krok po kroku. Cierpliwie. Bagsik używa alegorycznego języka. Co drugie zdanie to metafora. Każe mi przeczytać Ewangelię według świętego Jana, bo w niej jest wszystko, co ważne, czyli odpowiedź na pytanie o sens aliji i jego, Bogusława, udział w niej. Szczególnie początek jest istotny:

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.
W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.
Pojawił się człowiek posłany przez Boga –
Jan mu było na imię.
Przyszedł on na świadectwo,
aby zaświadczyć o światłości,

by wszyscy uwierzyli przez niego.
Nie był on światłością,
lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości.
Była światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.
Na świecie było [Słowo],
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.

I jeszcze to:

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych.

Bagsik: – Moja misja jest skończona. Dalej prowadzi ją Andrzej. I dobrze, że mnie z nim nie ma. Do dobrej potrawy nie wrzuca się zgniłych kartofli.
Historię – tę prywatną historię Bogusława Bagsika – wszyscy znają. Wyjechał do Izraela razem z Gąsiorowskim. Parę lat później został zatrzymany w Szwajcarii – ekstradycja do Polski. Proces, krótki pobyt w więzieniu. Potem interesy z Donem Kingiem, promotorem boksu. Niedawno inwestycje na internetowym rynku kapitałowym Forex i znów krótki pobyt w areszcie. Teraz na wolności, z zakazem opuszczania kraju. Prokuratura podejrzewa go o narażenie klientów firmy Forex na straty. Bagsik jest pewien, że przed sądem dowiedzie swojej niewinności.
Gdyby odejść od alegorycznego języka, historia aliji według Bagsika wyglądałaby mniej więcej tak. Jest koniec 1988 roku, początek ’89. Bagsik i Gąsiorowski znają się już kilka lat. Obaj są z dobrych, religijnych, protestanckich rodzin. W rodzinie Bagsika, jak u Gąsiorowskiego, też zdarzali się pastorzy. Andrzej to zielonoświątkowiec, Bogusław – baptysta. Oba Kościoły są sobie bardzo bliskie. Niewiele różnic doktrynalnych, jeszcze mniej liturgicznych. I Bagsik, i Gąsiorowski mają wykształcenie muzyczne – absolwenci szkół muzycznych drugiego stopnia. Komponują, od czasu do czasu koncertują. Ich ulubiony styl to gospel. Wtedy, na przełomie ’88 i ’89 roku, Andrzej robi swój pierwszy interes w życiu. Pomaga mu Bogusław, za co dostaje 50 procent zysku, a w zamian za to Bagsik wciąga go do Art-B proponując 40 procent udziałów, złotego Rolexa, BMW 750 i stanowisko wiceprezesa. Dla Andrzeja, dostającego na etacie lekarza laryngologa w wałbrzyskim szpitalu kilkadziesiąt dolarów miesięcznie, pieniądze, które zaczyna zarabiać od razu to majatek. Na początku handlują koreańskimi telewizorami. Bagsik jeździ od czasu do czasu do Hamburga. W porcie jest strefa wolnocłowa. W strefie słynny w całych Niemczech sklep Żyda Moskowicza. Wokół Bagsika i Gąsiorowskiego zaczyna się pojawiać coraz więcej osób żydowskiego pochodzenia – biznesmenów, prawników.
Bagsik: – Nawet nasza osobista ochrona, Andrzeja i moja, słabo mówiła po polsku. Za to bardzo dobrze po hebrajsku.

Oczywiście i Andrzej, i Bogusław, mimo że chrześcijanie protestanci, to jednak też ludzie o proizraelskim nastawieniu. Ich biznesowi partnerzy też doskonale o nich wiedzą. Kiedy Art-B z niewielkiej spółki staje się największą polską prywatną firmą, zatrudniającą kilkadziesiąt tysięcy pracowników, obracającą każdego miesiąca setkami milionów dolarów, Gąsiorowskim i Bagsikiem zaczynają się interesować służby. Zarówno polskie, jak i izraelskie. Prawdopodobnie już wtedy zapada decyzja o udziale Art-B w Operacji „Most”. Ale o tym Bagsik nie chce mówić. Tajne przez poufne. Klauzula pięćdziesięciu lat milczenia. Ani mru-mru.
Bagsik: – To, w jaki sposób się dowiedziałem o Operacji i kto mi o tym powiedział, naprawdę nie jest istotne. Czasem rzeczy, które wydają się skomplikowane, bywają bardzo proste. Choćby te wszystkie mity o tym, jak nam służby pomogły wymyślić oscylator. A prawda jest taka, że oscylator wymyśliłem sam, siedząc sobie w basenie hotelu Sheraton w Tel Awiwie. Co innego jest ważne. Alija miała być i była zwieńczeniem starań ojców założycieli Izraela, którzy po drugiej wojnie budowali państwo właściwie od podstaw. W pewnym sensie Polska, pomagając w tym wielkim powrocie, wracała do czasów zygmuntowskich, epoki swojej własnej wielkości i tolerancji dla Żydów. To było też zadośćuczynienie za antysemityzm dwudziestolecia międzywojennego, za getta ławkowe, za rządy sanacyjne pozbawione zrozumienia dla obecności Żydów. Zadośćuczynienie także za ’67 i ’68 rok, kiedy niedobitki żydowskie musiały opuścić własny kraj i udać się na banicję. Ujmę to tak, żebyś lepiej zrozumiał o czym mówię: w latach 80. zebrało się pewne grono marzycieli, którzy wspólnie ustalili, że powrót do Ziemi Obiecanej jest możliwy, a nawet potrzebny.
– Marzycieli w Izraelu?

– Nie tylko. Że w Izraelu, to jasne. Ale też w Stanach Zjednoczonych, Rosji, Polsce, w paru innych krajach również. Do grona tych marzycieli zaliczam nie tylko Żydów. W pewnym sensie marzycielami można nazwać Reagana, Gorbaczowa, Mitterranda czy Jaruzelskiego. A przecież żaden z nich nie był, nie jest Żydem. Przygotowania do aliji – to można powiedzieć – toczyły się dyskretnie już od połowy lat 80. Dyskretnie nie tylko dlatego, że obawiano się reakcji świata arabskiego. Także dlatego – to również nie tajemnica – że w niektórych krajach, chociażby w Polsce, obawiano się ciągle żywych antysemickich nastrojów. Na przykład „Solidarność” była postrzegana jako organizacja, której licznym działaczom nie są obce poglądy antysemickie. W Polsce – to bardzo ważne, musisz o tym pamiętać – wymiana premierów, zastąpienie w ’88 roku Messnera Rakowskim to też był sygnał dla świata. Rakowski, także jako dziennikarz, szef „Polityki”, uchodził za filosemitę.
– A gdzie w tym wszystkim jest twoja rola?

– O szczegółach nie będę opowiadał. Mogę powiedzieć tylko tyle: jak ci, którzy w praktyce organizowali Operację „Most”, mieli jakiś problem, to często zwracali się do mnie bezpośrednio, z pominięciem ambasad i służb specjalnych. A jak latałem naszym prywatnym jetem do Izraela, to już mniej więcej od Cypru towarzyszyły nam dwa izraelskie F-16. Dla bezpieczeństwa. Mieliśmy też jako Art-B koncesję na handel bronią. Koncesję z numerem „1” na polskim rynku. Dzięki temu mogliśmy realizować zakupy dla polskich jednostek, które były zaangażowane w Operację. Zupełnie ,,przypadkiem” na rosyjskim rynku pewna firma, która, jak my, miała koncesję z numerem „1”, też wyposażała w sprzęt rosyjskie służby zaangażowane w aliję.
– Ile wydaliście na Operację „Most”?
– Źle postawione pytanie. Nie da się na nie odpowiedzieć. Nie wszystko da się przełożyć na pieniądze. Można powiedzieć, że kupiliśmy na przykład dwadzieścia jeepów, zupełnie oficjalnie, na potrzeby polskich jednostek antyterrorystycznych, ale to przecież tylko część zaangażowania materialnego. Zresztą samochodów po Operacji nikt nie odbierał. Zostały tam. Nawet GROM ich jeszcze później używał. Jeśli szukasz prapoczątku Operacji „Most”, to zwróć uwagę na to, kiedy zaczynają się tworzyć w Polsce zręby jednostek antyterrorystycznych i kto dostaje zadanie, żeby te jednostki zorganizować.
– No kto?”

– Generał Edwin Rozłubirski. I to dokładnie w połowie lat 80., w 1985 roku.
Bagsik mówi o legendzie polskiej armii, uczestniku Powstania Warszawskiego walczącym w oddziałach AL. We wrześniu 1944 roku generał Bór-Komorowski odznaczył Rozłubirskiego, wtedy porucznika, Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Zaraz po wojnie Rozłubirski walczył z Ukraińską Powstańczą Armią, potem dowodził kilkoma jednostkami, tworzył oddziały wojsk powietrzno-desantowych. Na emeryturę, w stopniu generała brygady, przeszedł na początku lat 70., ale w kolejnej dekadzie znów powołano go do służby. Tym razem miał się zająć budową polskich służb zwalczających terroryzm. Dostał swoje biuro w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. I bardzo szerokie uprawnienia – mógł się kontaktować bezpośrednio z przedstawicielami służb specjalnych Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Izraela. Odpowiadał właściwie tylko przed generałem Jaruzelskim. O Rozłubirskim można przeczytać w portalu Wirtualny Sztetl prowadzonym przez pracowników naukowych warszawskiego Muzeum Historii Żydów Polskich. Tekst dotyczy osób narodowości żydowskiej walczących w Powstaniu Warszawskim:

Spośród innych żołnierzy AL o żydowskim pochodzeniu należy wspomnieć Edwina Rozłubirskiego, od 1942 r. członka Gwardii Ludowej, po wojnie awansowanego do stopnia generała brygady. Po wybuchu Powstania Warszawskiego E. Rozłubirski w związku z odcięciem od własnego oddziału początkowo bił się w szeregach batalionu AK „Zaremba”, następnie został dowódcą kompanii w batalionie Armii Ludowej „Czwartacy”, walcząc na Starym Mieście i w Śródmieściu.

O Rozłubirskim opowiadał też w swoich wspomnieniach Marek Edelman. Walczyli razem w Powstaniu Warszawskim. Edelman miał pseudonim „Marek”, Rozłubirski przyjął pseudonim „Gustaw”. Ten pierwszy tak wspomina tamte czasy: „Wyrósł z niego generał Edwin Rozłubirski. A wtedy miał z osiemnaście lat i nie wiem, kiedy spał, bo dwadzieścia cztery godziny na dobę w pogotowiu trzymał szmajsera. Zobaczył mnie i się zdziwił, bo już było późno. «A ty skąd się tu wziąłeś po nocy?» – spytał”.
Bagsik: – Wiesz, takie operacje jak „Most”, a to była tylko część wielkiej aliji, przygotowywane są latami. I nie ma jednego mózgu, jednego dyspozytora, który wszystkim kieruje. Za jakiś czas, my już tego nie doczekamy, ta wielka alija przełomu lat 80. i 90. stanie się równie wielkim, narodowym, żydowskim mitem, eposem na miarę biblijnego exodusu.

Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski, właściciele Art-B współfinansowali Operację „Most” (jak twierdzi Gąsiorowski, od początku do końca Operacji wydali na nią ,,kilka milionów dolarów”). Dokumenty udostępnione przez Andrzeja Gąsiorowskiego i pierwszy raz publikowane dotyczą środkowego etapu Operacji – wiosna, lato 1991 roku. Większość z nich to wymiana korespondencji między pracownikami Art-B w Polsce i Izraelu, a także korespondencja kierowana do i od urzędników polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej i Komendy Głównej Policji. Tematem korespondencji są zamówienia na specjalistyczny sprzęt wojskowy dla jednostek antyterrorystycznych ochraniających Operację „Most” w Polsce. Pojazdy (samochody terenowe i transportery opancerzone), broń krótka i długa, amunicja, przyrządy optyczne kupowane za pieniądze Art-B głównie w Izraelu zostały w polskich jednostkach antyterrorystycznych już po zakończeniu Operacji. Tak naprawdę „Most” zainicjował tworzenie i wyposażanie nowoczesnych jednostek specjalnych, m.in. GROMu.


Tadeusz Mazowiecki

W tygodniku „Time” datowanym na 30 grudnia 1985 roku ukazał się tekst, w którym amerykańscy dziennikarze opisują kulisy przygotowań do operacji wielkiego powrotu Żydów. Ellie McGrath, korzystając z informacji korespondentów „Time’a” w Moskwie i Paryżu, kreśli scenariusz, który wtedy, w połowie lat 80., wydawał się jeszcze fantazją. Kilka lat później, pod koniec dekady, plan zaczął być realizowany dokładnie tak, jak to opisali dziennikarze.

W ostatnich dniach września tego roku Edgar Bronfman, szef Seagram Corporation i prezes Światowego Kongresu Żydów, przyleciał do Moskwy swoim prywatnym samolotem. Na lotnisku Szeremietiewo witali go przedstawiciele kremlowskiej administracji. Już na samym początku wizyty Bronfman określił, po co przyjeżdża – będzie prosił radzieckie władze o zliberalizowanie polityki emigracyjnej w stosunku do obywateli Związku Radzieckiego narodowości żydowskiej, tak aby ci, którzy chcą wyjechać, mogli to zrobić w niedalekiej przyszłości. To była już druga, w odstępie kilku tygodni, podróż Bronfmana do Moskwy. Pierwszą odbył na początku września, tak naprawdę jako emisariusz rządu Izraela. Jego zadaniem było sprawdzić, czy uda się, a jeśli tak, to jak prędko, wznowić stosunki dyplomatyczne Związku Radzieckiego z Izraelem, zerwane w 1967 roku po wojnie sześciodniowej. Jednak już przy okazji pierwszej wizyty Bronfman realizował sekretny plan polegający na zdobyciu przychylności radzieckich władz dla projektu powrotu Żydów do Izraela. To, co robił Bronfman, można nazwać ,,inżynierią dyplomatyczną”. Projekt zakładający zaangażowanie Związku Radzieckiego, Francji, Polski i Izraela prawdopodobnie nie mógłby powstać przed lutowym zjazdem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Później już tak. Plan zakłada przetransportowanie sowieckich Żydów najpierw do Polski, a z Polski mostem powietrznym do Izraela. Polska pojawiła się tu dlatego, bo gdyby stacją pośrednią był któryś z krajów zachodniej Europy, Żydzi mogliby pozostać w tym kraju, a ,,strony projektu” za wszelką cenę chciały uniknąć sytuacji, w której nagle tysiące Żydów wybiera któryś z zachodnich krajów. Ich celem podróży ma być Izrael.
Izraelski premier Szymon Peres w wywiadzie udzielonym tydzień temu w Genewie naszemu tygodnikowi mówił: „Sowieci od dawna podkreślają, że w interesie Związku Radzieckiego nie leży wyjazd Żydów do któregoś z zachodnich, europejskich krajów lub do USA. Zgadzamy się, że Żydzi powinni trafić do Izraela”. Peres, komentując negocjacje prowadzone w Moskwie przez Bronfmana, zauważył jednak, że rozmowy nie zakończyły się żadnymi konkretnymi ustaleniami. Możliwość zorganizowania czegoś na kształt mostu powietrznego została też sceptycznie przyjęta przez administrację Stanów Zjednoczonych. Komentarze dyplomatów zarówno zachodnich krajów, jak i państw arabskich pełniących swoją misję w Moskwie też nie pozostawiały złudzeń – organizację mostu powietrznego można traktować raczej w kategoriach pobożnych życzeń. Mimo wszystko jakiś scenariusz przyszłych zdarzeń powstaje w zaciszu gabinetów politycznych Stanów Zjednoczonych, a most powietrzny to hasło, które wydaje się szczególnie bliskie premierowi Peresowi. Bronfman, odwiedzający ostatnio Związek Radziecki, dostarczył sowieckim władzom wiadomość właśnie od Peresa. Według naszych źródeł najważniejszy przekaz jest taki: jeśli Związek Radziecki zgodzi się na wyjazd znaczącej grupy Żydów i wznowi stosunki dyplomatyczne z Izraelem, może być pewien, że dzięki tym decyzjom wzrośnie rola Kremla w negocjacjach pokojowych na Bliskim Wschodzie. Gdyby zabiegi dyplomatyczne Moskwy zmusiły Syrię, by zasiadła do stołu rozmów, Izrael mógłby rozważyć zwrot Syrii części Wzgórz Golan znajdujących się dziś pod izraelską administracją. Pod koniec października tego roku Peres spotkał się z francuskim prezydentem François Mitterrandem. Po spotkaniu premier Izraela ogłosił publicznie, że jednak rozważany jest most powietrzny, którym Żydzi powróciliby do Izraela. Przyznał także, że Francja zaoferowała pomoc – dostarczyłaby ewentualnie samoloty dla żydowskich imigrantów.
I oto nagle, trzy tygodnie temu, do gry wchodzi Polska. Polski lider generał Wojciech Jaruzelski niespodziewanie przyjeżdża do Paryża na rozmowy z Mitterrandem. To, że francuski prezydent spotyka się z Jaruzelskim, wywołało zresztą falę krytyki nawet w obozie politycznym Mitterranda – premier Laurent Fabius wyraził zdziwienie, że do spotkania w ogóle doszło. Według naszych informacji, potwierdzonych u źródeł, tematem nagłych rozmów był właśnie plan wyjazdu radzieckich Żydów do Izraela przez Polskę. Oficjalnie jednak ani dyplomaci polscy, ani izraelscy nie potwierdzają tematu rozmowy. W każdym razie, jak podają nasze źródła, kilkanaście dni temu Bronfman wpadł na chwilę do Warszawy, został przyjęty przez generała Jaruzelskiego, a rozmawiano głównie o emigrantach żydowskich z ZSRR (udało nam się dowiedzieć, że Izrael rozważa też dwa inne, poza Warszawą, miejsca przesiadkowe – Budapeszt i Bukareszt). Pozytywne zakończenie, z udziałem Związku Radzieckiego, wszystkich tych negocjacji pozwoliłoby też na jakościową zmianę w stosunkach USA z ZSRR. Mówiąc inaczej – radziecka zgoda na wyjazd Żydów byłaby dowodem na to, że radzieckie władze zaczynają w końcu respektować prawa człowieka. Przejawy łamania praw człowieka były przecież powodem, dla którego Stany Zjednoczone wprowadziły cały szereg restrykcji wobec Sowietów. W tym samym kontekście można oceniać rolę Jaruzelskiego jako pośrednika – negocjatora. Dzięki zaangażowaniu Polski w proces emigracji żydowskiej Warszawa, bez wątpienia, może być inaczej, lepiej postrzegana. Być może nawet prawdopodobne jest cofnięcie sankcji nałożonych na polski reżim przez administrację Białego Domu. Wydaje się, że Jaruzelski wykonuje ruchy, które mają zmienić niekorzystne opinie zachodniego świata o jego rządach. W czasie wizyty Bronfmana w Warszawie Jaruzelski obiecał mu, że polskie władze rozważą nawet przyznanie specjalnych emerytur dla polskich Żydów mieszkających w Izraelu. Polski lider obiecał także renowację wielu żydowskich pomników i miejsc pamięci znajdujących się na terytorium Polski. Do tej pory cały projekt powrotu Żydów nie jest szeroko nagłaśniany. Jak to powiedział niedawno w Paryżu profesor Samuel Zivs – Żyd, prawnik, członek Akademii Nauk ZSRR: „Wokół tego nie należy robić rozgłosu. Mówiąc inaczej – wszystko powinno być rozegrane tak, jak to z pewnością najlepiej rozumie pan Henry Kissinger”. Sceptycyzm Departamentu Stanu wynika jednak z twardych danych: jeśli w 1979 roku ponad 51 tysięcy Żydów opuściło ZSRR, to w tym roku jedynie 1200 osób. Na dziś te liczby określają politykę emigracyjną Kremla. Mimo wszystko są światła w tunelu. W ubiegłym miesiącu, po dwunastu latach starań, wizę wyjazdową otrzymał Eliyahu Essas – 42-letni matematyk radziecki i jeden z liderów religijnego ruchu żydowskiego w ZSRR. To daje wielu izraelskim politykom nadzieję na przyszłość. Jak twierdzi jedno z naszych źródeł – radzieckie władze nie podjęły jeszcze wprawdzie decyzji, w jaki sposób i jak wielu Żydów będzie mogło opuścić Związek Radziecki – ale to, że będą mogli wyjechać, jest już właściwie przesądzone. Także radzieccy Żydzi są przekonani, że wkrótce szeroko otworzą się przed nimi drzwi.

Kiedy cztery lata i trzy miesiące później Tadeusz Mazowiecki jechał do Waszyngtonu, wszystko było już ustalone. Premier polskiego rządu miał tylko oficjalnie ogłosić udział Polski w przerzucie żydowskich imigrantów. Od publikacji tekstu w „Timie” minęło już sporo czasu. Bronfman zdążył być jeszcze kilka razy w Warszawie. Zresztą wkrótce po pierwszym spotkaniu szefa Światowego Kongresu Żydów z Jaruzelskim uruchomiono w Warszawie izraelskie, a w Tel Awiwie polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne, wprawdzie jeszcze nie w randze ambasad, ale jednak już stałe. Ta wizyta była przygotowywana kilka miesięcy.

Właściwie zaraz po zaprzysiężeniu rządu wiadomo było, że Mazowiecki będzie chciał jak najprędzej pojechać do Stanów. Wyruszył 20 marca 1990 roku. Planowano długi, tygodniowy pobyt. Z marszu, 21 marca, podpisał Traktat o stosunkach handlowych między Rzecząpospolitą Polską a Stanami Zjednoczonymi i Deklarację o stosunkach między RP a USA. W kolejnych dniach grafik był równie napięty – spotkanie z prezydentem Bushem, negocjacje w sprawie amerykańskiego poparcia udziału Polski w rokowaniach dotyczących zjednoczenia Niemiec, wspólna konferencja z przedstawicielami Polonii. Wreszcie 26 marca – spotkanie z Amerykańskim Kongresem Żydów. Być może najważniejsze podczas całej tej kilkudniowej podróży. Wieczorem, w najbardziej znanym nowojorskim hotelu Plaza, przy skrzyżowaniu Central Park South i Piątej Alei, w samym sercu Manhattanu, Robert Litton, szef żydowskiej organizacji, przyjął na kolacji szefa polskiego rządu. Mazowiecki nie lubi takich oficjalnych spotkań w pełnych przepychu miejscach. Źle się w nich czuje. Woli rozmowy w cztery oczy, w zaciszu gabinetu, bez kamer, fleszy, szampanów i drogiego jedzenia jak tu. Na wieczór w Plazie zgodził się tylko dlatego, że to, co miał do powiedzenia, powinno przywrócić normalne stosunki dyplomatyczne między Polską a Izraelem, zerwane trzydzieści trzy lata wcześniej, po wojnie sześciodniowej. Mazowiecki mówił, czytając z kartki: „Nadszedł moment, aby dokonać przełomu w stosunkach między Polakami i Żydami. Wyrażamy gotowość przywrócenia obywatelstwa polskiego wszystkim tym, którzy zmuszeni byli do opuszczenia naszego kraju w 1968 roku. Polska nie uchyli się też przed pomocą osobom narodowości żydowskiej chcącym emigrować do Izraela z terytorium Związku Radzieckiego”.
Ostatnie zdanie nie padło przypadkiem. Już kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1989 roku, do Polski przyjechało dwóch oficerów brytyjskiego wywiadu MI6. Oficjalny powód wizyty: nawiązanie stosunków z polskimi służbami specjalnymi.

– Do spotkania doszło w siedzibie naszego wywiadu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie – opowiada generał Henryk Jasik, wtedy dyrektor Zarządu Wywiadu MSW. – Z polskiej strony w rozmowie, oprócz mnie, wzięli udział koledzy, którzy już niestety nie żyją. Pierwszy to Bronisław Zych, szef kontrwywiadu zagranicznego, drugi – Sławomir Petelicki, szef ochrony polskich placówek dyplomatycznych na świecie. Rozmowa odbywała się z tłumaczem, bo ja i Zych byliśmy niemieckojęzyczni, tylko Petelicki znał angielski. Po rozmowie nie sporządzono żadnych oficjalnych dokumentów. Każdy z nas notował jedynie główne problemy, z którymi mieliśmy się już niebawem spotkać. Najważniejszy to „problem żydowski” – pomoc Żydom w wyjeździe ze Związku Radzieckiego do Izraela. Na Kremlu rządził wtedy Gorbaczow, pierestrojka właściwie dobiegała końca, wiadomo było, że imperium się chwieje i może upaść. Ale na razie jeszcze trwało. Mimo liberalnego kursu radzieckich władz nie było zgody na bezpośredni wyjazd Żydów do Izraela. Z dwóch głównych powodów: Związek Radziecki nie utrzymywał stosunków dyplomatycznych z państwem Izrael, no i nie chciano drażnić państw arabskich, z którymi z kolei Moskwa miała świetne stosunki. Wymyślono więc drogę pośrednią – wyjazd Żydów przez kraje trzecie. Pod koniec lat 80. spora grupa przejechała przez Wiedeń i Budapeszt. Na wspomnianym spotkaniu w siedzibie wywiadu oficerowie MI6 zaproponowali, by Polska również była krajem tranzytowym. Oczywiście sami, jak tam byliśmy, nie mogliśmy podjąć tak strategicznej decyzji, jeśli chodzi o polską politykę i polskie interesy na świecie. Zgodę musiał wydać polski rząd, czyli de facto premier Mazowiecki. Ale wszystko poszło bardzo szybko. Już pod koniec lutego 1990 roku na jednym ze spotkań w gronie polskich służb akcji nadano kryptonim Operacja „Most”, a zespół, który wyznaczono do ochrony przebiegu akcji, został nazwany roboczo „Grupa Realizacyjna Operacji Most”. Nie była to sformalizowana grupa, nie podpisywaliśmy żadnych dokumentów ją powołujących. Jedynie rozdaliśmy zadania: policji (wtedy jeszcze była właściwie milicja), Ministerstwu Transportu, kontrwywiadowi, wywiadowi. Kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa operacji było lotnisko Okęcie, skąd obywatele żydowscy mieli odlatywać do Tel Awiwu. Faktycznym szefem grupy realizacyjnej, odpowiadającym za bezpieczne przeprowadzenie Operacji „Most”, został pułkownik Jerzy Dziewulski, dowódca policyjnych komandosów z Okęcia.

Z Dziewulskim, kiedyś posłem SLD, byłym szefem ochrony Aleksandra Kwaśniewskiego, rozmawiam w warszawskim hotelu Sheraton. W tym miejscu, w samym centrum stolicy, parę metrów od Sejmu, lubią się spotykać ludzie, którzy załatwiają interesy. Rozmaite interesy. Świat polityki zawsze się tu mieszał ze światem biznesu i światem służb specjalnych. Znane twarze, znane nazwiska, rozmowy przy kawie, czasem przy lampce brandy albo koniaku. Tutaj się nie je, chociaż w zasadzie to normalna restauracja. Tu się tylko pije i rozmawia.

Dziewulski: – Z początkiem kwietnia 1990 roku zadzwonił zastępca komendanta głównego. Pyta: „Jesteś się w stanie podjąć zabezpieczenia dużej operacji? Chodzi o przerzut znacznej liczby osób pochodzenia żydowskiego ze Związku Radzieckiego przez Okęcie do Tel Awiwu”. „Jaki poziom zabezpieczenia, o jak znaczną grupę chodzi?” – pytam, bo myślałem, że mówimy o kilkunastu, kilkudziesięciu ważnych osobach. I słyszę: „Najwyższy poziom zabezpieczenia, operacja, jakiej do tej pory nigdy nie robiliśmy, trudna, niebezpieczna, chodzi o kilkadziesiąt tysięcy Żydów albo i więcej. Dowiesz się wszystkiego na odprawie, czekaj na kolejny telefon, zadzwonię za parę dni”.
– Cholera jasna – myślę – co to ma być, nowy exodus? Rzeczywiście, po kilku dniach dostaję telefon z zaproszeniem na spotkanie do siedziby Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Rakowieckiej. Spotkanie prowadzi wiceminister spraw wewnętrznych. Jest ktoś z kontrwywiadu, ktoś z wywiadu. Są dwaj obywatele izraelscy, jeden z Ambasady Izraela, drugi przyjechał specjalnie z Tel Awiwu, domyślam się, że obaj są oficerami Mosadu. Razem ze mną sześć osób. Rozmawiamy po polsku. Goście z Izraela świetnie znają nasz język. Mówią, że zależy im na natychmiastowym rozpoczęciu akcji, najdalej w ciągu kilku tygodni, oni są przygotowani, teraz chodzi o nas. Pytają o nasze potrzeby, mogą nas doposażyć: pieniądze, sprzęt nie grają roli. Wtedy mnie nie interesowało, jak repatrianci dostaną się na lotnisko, z którego mieli odlatywać. Dopiero potem się dowiedziałem, że do Polski przyjadą pociągami. Spytałem tylko, jak długo będzie trwała operacja. Kiedy usłyszałem, że do dwóch lat, pomyślałem: no nieźle, czegoś takiego jeszcze nie było, i dopiero zdałem sobie sprawę ze skali trudności i zagrożeń, jakie nas czekają. Daliśmy sobie trzy dni. Od wiceministra dostaję pełnomocnictwo do bezpośrednich kontaktów z przedstawicielami izraelskich służb. Pełnomocnictwo jest ustne, niczego nie podpisujemy, nikt nie robi oficjalnego stenogramu ze spotkania, które kończy się mniej więcej po godzinie i trzydziestu minutach.
Trzy dni później, już na lotnisku, spotykam się z tymi dwoma Izraelczykami. Rozmawiamy o założeniach wstępnych, o ochronie transportów. Przyprowadzają jeszcze jednego. Okazuje się, że to oficer jednostki Matkal6. Uzgadniamy we czterech, że jeśli operacja ma być utajniona i niezauważona przez osoby postronne, nie może to być gwałtowny exodus. Najwyżej jeden samolot boeing 747 dziennie (potem się okazało, że były dni, w których samoloty przylatywały nawet co osiem godzin, ale były i takie, kiedy nie przyleciał żaden). Samoloty zostaną dostarczone przez izraelskie linie lotnicze. Ustalamy też, że wszelkie oznaczenia na kadłubie mają być zamalowane. Nie może być widoczne, że to linie izraelskie.

Jest mniej więcej połowa kwietnia i moi partnerzy izraelscy przerywają przygotowania na miesiąc. Jeden z nich, pułkownik A., mówi: „Nie rozpoczniemy operacji, dopóki nie poznasz naszego sposobu myślenia, naszego systemu wyprzedzania i likwidacji zagrożeń”. Mam pojechać do Izraela. Lecę na normalnym, nie żadnym służbowym, paszporcie, bo oni tak chcieli, z wizą turystyczną. Przesiadka we Frankfurcie. Już na miejscu, w Izraelu, poznaję broń, techniki likwidacji celu, ich filozofię pozyskiwania informacji o zagrożeniach, techniki przesłuchań podejrzanych. W tym samym czasie moi ludzie z Okęcia przechodzą kurs na poligonie w Rembertowie. Wracam po miesiącu, a 14 czerwca rusza pierwszy transport. Pociągi dowożą repatriantów żydowskich na Dworzec Gdański. Z dworca autobusami jadą do nieużywanego od paru lat hotelu pracowniczego na Mokotowie. Wejście do hotelu ochraniają moi ludzie. Tego budynku już zresztą nie ma. Stał w miejscu, w którym wiele lat później zbudowano centrum handlowe o nazwie Galeria Mokotów. Autobusy z repatriantami są za każdym razem eskortowane przez dwa samochody ochrony, samochody nie mają żadnych oznaczeń. W każdym dwóch moich ludzi i dwóch Izraelczyków. W hotelu przybysze ze Związku Radzieckiego dostają posiłek i czekają kilka godzin na przylot samolotu. Czasem bywa i tak, że muszą czekać dłużej – dzień, nawet dwa dni, jeśli następuje spiętrzenie przyjeżdżających, a samolot jeszcze nie przyleciał.  Początkowo grupa z hotelu jechała autobusami z naszą ochroną na lotnisko i dopiero tam była odprawiana. Zawsze mieliśmy pełną listę pasażerów. Oczywiście nie przechodzili przez główny terminal, tylko przez ten z boku, dla VIP-ów. Po paru kursach zdecydowaliśmy wspólnie z kolegami izraelskimi, że lepiej będzie odprawiać ich w hotelu, więc stewardesy jechały tam i odprawiały pasażerów, a potem wspólnie z nimi wsiadały do autobusów. Autobusy podjeżdżały na płytę lotniska bezpośrednio pod samolot, który już czekał. Praktyka była taka, że na dwie, trzy godziny przed przylotem boeinga 747 wysyłaliśmy pododdział antyterrorystyczny – kilkudziesięciu ludzi – do obstawienia lotniska. W tym czasie płytę lotniska patrolowały jeden transporter opancerzony i dwa radiowozy z mieszaną, polsko-izraelską załogą. Na płycie postojowej cały czas stał nasz helikopter Mi-2, gotowy do ewentualnej akcji, plus jeep, o ile pamiętam – produkcji koreańskiej, świetne auto, które zostało kupione specjalnie na Operację „Most”, podobnie jak nowe jednostki broni. Wszystko odbywało się oficjalnie, składaliśmy zamówienia do Komendy Głównej, a zakupy robili Izraelczycy, w jakiejś części z pieniędzy Art-B. Obowiązywała też stała dyslokacja naszych ludzi poza terenem lotniska, od strony Trasy Katowickiej i dzielnicy Paluch. Tak na wszelki wypadek. Tym bardziej że po kilku tygodniach zmieniliśmy praktykę działania. Samoloty, zamiast za dnia, przylatywały w nocy. Chodziło o to, żeby się w oczy nie rzucać. Bo jeśli przylatywał jeden samolot na dobę, to jeszcze pół biedy. Ale jak czasem latały co parę godzin, to naprawdę trudno było utrzymać to w tajemnicy. Kilka razy dostaliśmy informacje z naszego kontrwywiadu o możliwych zagrożeniach ze strony państw arabskich. Raz mój człowiek przyszedł do mnie bezpośrednio i powiedział, że dwaj Arabowie proponowali mu 10 tysięcy dolarów za informacje o planowanych lotach. Wiele razy widzieliśmy Palestyńczyków kręcących się wokół lotniska, zupełnie niekryjących swojego zainteresowania. Najczęściej przyjeżdżali piaskowym mercedesem z rejestracją korpusu dyplomatycznego. Wiedzieliśmy, kim są, znaliśmy ich nazwiska. Część naszych ludzi stale prowadziła obserwację i inwigilację środowisk arabskich w Warszawie. W sumie w Operację ,,Most” z naszej, polskiej strony było zaangażowanych około stu osób.
Kiedy pierwsze samoloty z repatriantami żydowskimi startowały do Tel Awiwu, w warszawskiej ambasadzie Izraela od kilku miesięcy pracował już Reuven Sharon, attaché handlowy. Takie samo stanowisko zajmował wcześniej w izraelskim przedstawicielstwie dyplomatycznym w Budapeszcie. Do Warszawy przyjechał pod koniec 1989 roku, pierwszy raz po trzydziestu dwóch latach. Do dziś spędza zresztą w stolicy Polski kilka miesięcy w roku. Po zakończeniu pracy w dyplomacji był członkiem zarządu Netii, firmy telekomunikacyjnej, a od kilku lat kieruje polsko-izraelską spółką Kornelius, zajmującą się doradztwem inwestycyjnym.
Sharon urodził się tuż po wojnie we Lwowie. Przed wojną jego ojciec był znanym lwowskim fabrykantem. Zamożna żydowska rodzina, od pokoleń mieszkająca na kresach Rzeczypospolitej. Po wojnie tracą majątek, przenoszą się do Warszawy. Ojciec Reuvena dostaje pracę w Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego. W 1957 roku opuszczają Polskę, wyjeżdżają do Izraela.

– Miałem wtedy jedenaście lat – mówi Sharon. – Jak już znaleźliśmy się w Tel Awiwie, pamiętam to dokładnie, pomyślałem tak: wyjechaliśmy z wielkiego, pięknego miasta i trafiliśmy na prowincję, do jakiejś dziury. Tel Awiw wtedy był jeszcze niewielkim miastem, w porównaniu z Warszawą faktycznie wyglądał jak prowincja. Z kolei kiedy po trzydziestu dwóch latach przyleciałem z Tel Awiwu do Warszawy, żeby objąć placówkę, jadąc taksówką z Okęcia, patrząc na ulice, domy, na ludzi, myślałem: wyleciałem z wielkiego, pięknego miasta, metropolii, a znalazłem się w jakimś szarym, prowincjonalnym grajdole. Była późna jesień, może nawet padał deszcz. Ten brak kolorów na ulicach wywoływał dość przygnębiające wrażenie. To była zupełnie inna Warszawa niż dziś. Dziś się właściwie niczym nie różni od innych wielkich europejskich miast. A minęło tylko dwadzieścia parę lat.
Wkrótce miałem okazję poznać Bagsika i Gąsiorowskiego. Wcześniej nawet o nich nie słyszałem. To było tak: dostaję informację, że jacyś biznesmeni organizują spotkanie radców handlowych przedstawicielstw dyplomatycznych. Spotkanie miało być w Cieszynie. Lecieliśmy dwoma niewielkimi samolotami z lotniska na warszawskim Bemowie. Lądowanie w Bielsku-Białej. Tam już czekały na nas samochody: porsche, mercedesy – eleganckie, drogie auta. W końcu dotarliśmy na rynek w Cieszynie. Witają nas obaj, pan Bogusław i pan Andrzej. My, dyplomaci, elegancko ubrani, garnitury, krawaty, a Bagsik w jakiejś hawajskiej koszuli i dżinsach. Zadziwiające to było. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, kim są, co robią. Pojąłem także ich rolę w Operacji „Most”.

Wcześniej transporty szły przez Wiedeń i Budapeszt. Wszyscy w Izraelu, mam na myśli rząd, ale i organizacje zajmujące się emigrantami, byliśmy zaskoczeni skalą zjawiska. Nagle okazało się, że w krótkim czasie będziemy musieli przyjąć dziesiątki, może setki tysięcy uchodźców ze Związku Radzieckiego. Jakoś ich przewieźć, znaleźć dla nich domy, pracę. Pierestrojka na Kremlu sprawiła, że nagle ruszył strumień, potem rzeka, wreszcie morze emigracji. A my wcale nie byliśmy na to przygotowani. W Budapeszcie, podobnie jak później w Polsce, urządziliśmy coś w rodzaju poczekalni – tam akurat to była stara, poradziecka jednostka. „Most” był nowym kierunkiem przerzutu repatriantów, a rozpoczął się dopiero po zamachu na budapeszteńskim lotnisku. Do zamachu na konwój doszło między pierwszym a drugim terminalem. Konwoje za każdym razem jechały w ustalonym porządku: najpierw radiowóz, za nim autobus z repatriantami, potem drugi radiowóz, jeszcze jeden autobus z ludźmi i na końcu kolejny radiowóz policyjny. Bomba wybuchła na końcu konwoju, przy samochodzie policji. Zginął jeden człowiek, węgierski policjant, żaden z repatriantów nie ucierpiał. Sprawców zamachu nigdy nie wykryto.


Media

radio-microphone-png-5e56microphone-icon


Press-Releases

Categories: Books

Tagged as: , ,