Chapters

Ścigani: Życie przed Art-B

c59bcigani-front-okc582adki-300-dpi.jpgFragmenty z książki Scigani – rozmowa Piotra Pytlakowskiego z Bogusławem Bagsikiem i Andrzejem Gąsiorowskim” (2015)

______________________________________

Uporządkujmy pana biografię, żeby wyjaśnić te wszystkie powiązania protestancko-żydowskie, które przewijają się od początku opowieści. Na świat zawitał pan w Wałbrzychu?

Nie, po drodze do Wałbrzycha. W Nysie.

Skąd ta droga wiodła?

Rodzice mojej mamy przeżyli wojnę na Wołyniu. Byli polskimi obszarnikami. Ród dziadka pochodził ze starej polskiej szlachty, która brała również udział w 1675 w obronie Trembowli po upadku Kamieńca Podolskiego, gdzie wraz z załogą 80 żołnierzy i 200 mieszczan obronili gród przed 10 tysiącami Turków. W 1939 był ułanem w armii polskiej. W 1941 większą część rodziny zesłano na Syberię, ale mamy i jej rodziców Sowieci nie zdążyli wywieźć, bo Niemcy weszli do ZSRR. Przeżyli wszystkie epizody rzezi wołyńskiej. Podczas wojny dziadek był polskim partyzantem. Po wojnie zostali przewiezieni na tak zwane ziemie odzyskane, czyli na Dolny Śląsk. Tam mój dziadek dostał gospodarstwo rolne. Potem wyjechali do spalonego wojną Wrocławia. Jego dzieci nie mogły studiować w tych czasach ze względu na „pańskie” pochodzenie rodziców, oraz jego anty-komunistyczne nastawienie. On i cała jego rodzina byli gorliwymi Katolikami. Babcia i cała jej rodzina – gorliwymi Zielonoświątkowcami – zupełnie nowej denominacji w tamtych czasach.

A pana ojciec skąd wędrował?

Rodzina taty pochodziła z Kujaw, z okolic Włocławka. Tam od stuleci żył cały ród Gąsiorowskich – zapewne jeszcze od czasów bitwy pod Grunwaldem. Byli to bardzo radykalni katolicy, W okresie międzywojennym dziadek stał się komunistą. Najpierw służył jako szwoleżer w armii carskiej, potem jak już Polska była Polską, to z powodu przekonań komunistycznych nie chciał iść na bolszewików. Miał nawet za tę odmowę wyrok śmierci. Nie wiem, dlaczego go nie rozstrzelali. On zawsze mówił, że tylko zdechłe ryby płyną z prądem i całe życie płynął pod prąd. Potem wyjechał do Francji za pracą i pracował w kopalni węgla. I nagle przestał być komunistą, zmienił światopogląd i nawrócił się na religię chrześcijańską, bo wcześniej był ateistą i stał się, najpierw adwentystą, a potem zielonoświątkowcem.  Wrócił do Polski już jako osoba głęboko wierząca, za co z kolei po wojnie przez komunistów bywał regularnie wsadzany do więzienia, bo zielonoświątkowcy byli wtedy podejrzewani o „ideologiczna działalność wywrotową na rzecz zachodniego imperializmu” i wszystko co najgorsze. Ale dziadek i tak głosił Ewangelię. Założył wiele zborów na Górnym Śląsku. Był pastorem przez ponad 40 lat.

Jak przetrwał wojnę?

Po powrocie z Francji zamieszkał w pobliżu Sosnowca i znalazł pracę, jako górnik. Wybuchła wojna i Niemcy wywieźli go na roboty przymusowe do miasteczka Minden. Pracował w obozie pracy przy przeładunku rudy żelaza. Miał szczęście, bo właściciel tej fabryki polubił go i uratował mu w zasadzie życie. Dawał mu lżejszą pracę i  wyższe racje żywności, ściągnął do Minden, moją babcię. Przyjechała z dwójką dzieci, czyli także z moim tatą. Wyzwolili ich Amerykanie i zrobili tego niemieckiego właściciela burmistrzem Minden, bo, jak sądzę, musiał mieć na koncie więcej dobrych uczynków, niż wyłącznie pomaganie mojemu dziadkowi. Taki lokalny Schindler. Rodzice opowiadali mi, że między dziadkami, a tym Niemcem wywiązała się przyjaźń, do tego stopnia, że jak się żegnali, bo dziadkowie zdecydowali wracać do Polski, to chcieli adoptować całą moją rodzinę. Dziadek mógł tam zostać, albo wyjechać dalej na zachód, ale był patriotą i mówił, że musi wracać do kraju. W Zagórzu pod Sosnowcem mieszkali z babcią do końca życia. Byli zgodnym małżeństwem. Dostali od prezydenta Kwaśniewskiego medal za 50-lecie pożycia małżeńskiego.

Pana ojciec pochodzi więc z Zagłębia?

Tam się wychował. Studiował na politechnice, został inżynierem ze specjalizacją:  chemik przemysłu spożywczego. Po studiach oddelegowano go na ziemie odzyskane, żeby przywracał do życia poniemieckie browary. Po drodze poznał moją mamę, pobrali się. Urodziłem się w 1959 r. i wylądowaliśmy w Wałbrzychu. Przez pierwsze 6 lat mieszkaliśmy w służbówce przy browarze.  Ojciec był główny technologiem i zastępcą dyrektora w Wałbrzyskich Zakładach Piwowarskich, a potem wałbrzyskim szefem ówczesnej sieci handlowej Powszechnej Spółdzielni Spożywców „Społem”.

Wczesne dzieciństwo w zapachu piwa?

Pamiętam ten zapach, podobno dobre piwo tam warzono. To był bardzo fajny okres w moim życiu, bo jako dziecko znałem technologię produkcji piwa. Wie pan, ja w tamtych czasach nic poza Wałbrzychem nie widziałem. To był mój cały świat. Z bliska człowiek nie dostrzega wielu rzeczy, nie pojmuje znaczeń. Po latach już z Izraela odkryłem inny Wałbrzych, którego wcześniej nie dostrzegałem.

Co Pan odkrył?

Przedziwną historię Dolnego Śląska, kompleksu Riese  – największego projektu górniczo-budowlanego hitlerowskich Niemiec rozpoczętego i niedokończonego w Górach Sowich, oraz na zamku Książ i pod nim, historie stwarzania broni atomowej przez Nazistów, losy osławionego „złotego pociągu” który spoczywa niecałe trzy kilometry od miejsca w którym mieszkałem, historię okolicznych miast i miasteczek do których docierałem kiedyś jako lekarz z pogotowia ratunkowego, czy w celach rekreacyjnych jeżdżąc na nartach, ukryte historie z obozu koncentracyjnego Gross Rozen z losem 10,000 więźniów głownie naukowców których nagle „zdjęto” z ewidencji, kopalnie uranu z którego Sowieci stwarzali pierwsze bomby atomowe, i tragiczne losy 17 tysięcy więźniów – członków organizacji takich jak Wolność i Niepodległość – których niektórych pracujących jako górników leczyłem gdy byłem lekarzem zakładowym w kopalniach, tunele pod miastem, fascynująca historia zamku Książ. Odkryłem, że Dolny Śląsk, a zwłaszcza Wałbrzych i okolica, to była największa koncentracja żydowskich przesiedleńców po wojnie. Była dyrektywa Stalina, żeby mniejszości narodowe w jakiś sposób tam grupować w różnych miejscach i wszyscy, którzy byli przesiedleni i mieli pochodzenie żydowskie, byli kierowani na Dolny Śląsk. Większość organizacji żydowskich, które później działały w Izraelu, miały swoje korzenie właśnie w tamtych stronach, o czym ja wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Jako dziecko nie wiedziałem, kto to jest Żyd, czym się różni od Polaka, bo po prostu tych tematów wtedy nie było. Później jak się znalazłem w Izraelu, stwierdziłem, że różni wysocy urzędnicy w różnych organizacjach rządowych i pozarządowych mają korzenie z tamtych stron. Była to dla mnie miła niespodzianka, bo to były przecież moje strony.

W Izraelu Pan, nazwijmy tak, przesiedleniec z Wałbrzycha, poznał innych przesiedleńców z tego regionu.

I to mi dało duży kapitał sympatii, którego się nie spodziewałem. Nie wiedziałem z początku skąd to się bierze, ale po prostu zostałem potraktowany jako swój wśród obcych. A przyjechałem z Polski, gdzie potraktowano mnie odwrotnie – jako obcego wśród swoich.

W Wałbrzychu było więcej nieswoich. Osiedlano tam komunistów greckich i polskich repatriantów wracających z Francji i z Belgii, ale też osoby podejrzane politycznie.

Też. To było takie miejsce zrzutów wszystkich trudnych elementów, które ideologicznie byłyby trudne do opanowania w innych miejscach. Wałbrzych to było górnictwo oraz przemysł ciężki i musieli pracować ponad siły w przemyśle ciężkim. Władzy wydawało się, że tacy nie spiskują, bo są zatyrani.  Ale nawet najcięższa robota nie pozbawiała ludzi możliwości niezależnego myślenia. Bunt nie wybuchał gwałtownie, ale tlił się nieustannie. W liceum założyliśmy kabaret znany z ostrej politycznej satyry – na wzór kabaretu „Tej” z Poznania. Prawie wszystkich nauczycieli z mojego liceum w pierwszym dniu stanu wojennego internowano za poglądy i działalność polityczną.

A Pan już wtedy miał jakieś poglądy polityczne?

Departament IV MSW utworzony w 1962 roku zajmował się walką z wrogą „antypaństwową” działalnością kościołów i związków wyznaniowych, ewidencjonowaniem i dokumentowaniem m.in. działalności kleru katolickiego i innych wyznań. Wyznania nierzymskokatolickie – centrale tych Kościołów i związki wyznaniowe podlegały działaniom operacyjnym Wydziału III  mającego na celu rozpoznanie ich orientacji i działań społeczno-politycznych. W latach 50-tych liderzy mojego kościoła, w tym mój dziadek byli wielokrotnie aresztowani za wiarę. Moi rodzice natomiast nigdy nie byli bezpośrednio prześladowani. To wszystko wtedy rzutowało na kształtowanie się moich poglądów politycznych. W szkole średniej byłem bardzo aktywnym członkiem protestanckich społeczności, czyli moje problemy były inne niż rówieśników. Protestanci byli wtedy grupą podejrzaną, jako mająca  silne powiązania ze światem zachodnim, głównie z Ameryką i Niemcami. Później się dowiedziałem, że polskie władze wietrzyły zagrożenie ze strony protestantów, bo zakładały, że to jakaś tajna rezydentura CIA. No i tak przez przypadek znalazłem się w tyglu konfliktów ideologicznych, nie zdając sobie z tego sprawy. Bardziej mnie interesowała realizacja mojego programu życia niż kto rządzi. Wychodziłem z założenia, że na to kto rządzi, to ja nie mam wpływu.

Czy młody zielonoświątkowiec, jak jest licealistą, też biega za dziewczynami, podrywa je, chodzi z kolegami na piłkę nożną i wpada na piwo?

Oczywiście że biega za dziewczynami. Gra w piłkę nożną i wpada na piwo. Ale w tamtym czasie była moda na nadużywanie alkoholu przy każdej możliwej okazji, a ja po prostu nie piłem.

Nigdy Pan nie pił?

Okazjonalnie czasem, ale takie rytualne upijanie się nie było dla mnie.

To znaczy, że  był Pan samotnym nastolatkiem?

Nie. Rówieśnicy przyjęli, że mam taki styl i nie było z tego powodu żadnych scysji. Zrozumieli, że ja się wolę uczyć, wolę się zajmować muzyką, żyć swoim życiem. Zawsze miałem szerokie grono bliskich przyjaciół z którymi doskonale się rozumieliśmy. Wcześniej, w podstawówce miałem inne problemy natury, nazwijmy to, egzystencjonalnej. Osiedle w którym mieszkałem szybko się rozrastało. Sprowadzali się różni ludzie, a ich dzieciaki próbowały przetrwać tworząc zwalczające się nawzajem grupy.

Gangi młodocianych? Wstąpił pan do gangu?

To była wojna młodocianych gangów, ale z żadnym się nie utożsamiałem, bywałem raczej ofiarą tych zmagań. Żeby się bezpiecznie dostać do domu ze szkoły musiałem się nieźle nagimnastykować. Poza tym ja już w wieku 4 lat zaliczyłem epizod gangsterski.

Bawił się pan w policjantów i złodziei?

Przy browarze po sąsiedztwie była grupa dzieciaków takich trochę starszych, no i bawiłem się z nimi w sąsiednim parku w Indian i w kowbojów. W parku górnicy zawsze po wypłacie pili alkohol i potem sobie spali na trawie, a marynarki wisiały na gałęzi. Starsi koledzy wyznaczyli mi zadanie zwiadowcy. Miałem wyciągać z tych marynarek portfele. Jak znalazłem portfel, to potem wszyscy szliśmy do domu towarowego na zakup. Mi koledzy kupowali słodycze, a sobie robili poważniejsze zakupy.

Wydało się?

Oczywiście. W gazetach napisano o obrabowaniu górników, w całym Wałbrzychu huczało. A moi rodzice domyślili się, co chodzi, bo zauważyli, że przyniosłem do domu słodycze, a przecież oni mi pieniędzy nie dali. No i tata dzwoni do szefa milicji w Wałbrzychu i mówi, słuchaj, ja wiem, kto to zrobił. Kto? Mój syn. Żartujesz?! No i jakoś tam się dogadali i odegrali akcję, że przyjeżdża milicja i mówią do mnie, że mnie biorą do więzienia, ja oczywiście w płacz. Tata mówi, że jak się kradło, to trzeba iść siedzieć.

Ale siedzieć Pan nie poszedł?

W zawieszeniu mi dali karę. Miałem zakaz bawienia się z tamtymi chłopakami i zakaz oglądania dobranocki w telewizji. Kara karą, ale sam fakt kontaktu z organami ścigania był dla mnie przerażający. Dla moich rodziców było jasne, że jak się coś zrobi, to trzeba za to odpowiadać.  Jest przyczyna i muszą być konsekwencje.

A potem został Pan ofiarą wojny gangów. Łupili Pana? Młody, wyskakuj z kasy?

Nie miałem kasy. Nikt nie miał i nie chodziło o rabunek, ale żeby przeciwnika poturbować, poczuć smak zwycięstwa. Tworzyły się grupy uliczne, chłopaki z jednego bloku, przeciwko chłopakom z drugiego. Jedna strona osiedla zwalczała drugą stronę. Aby przetrwać bez szwanku wyrobiłem w sobie zmysł integracji grupowej. Próbowałem zdobyć szacunek wśród chłopaków, ale nie na zasadzie siłowej, bo w tej kategorii byłem bez szans.

I udało się?

Tak.

Został Pan przywódcą swojej części ulicy?

Jeśli chodzi o moje podwórko, to byłem w establishmencie, czyli w gronie decyzyjnym.

Czym zdobył Pan posłuch?

Właśnie nie wiem, jakoś tak samo przyszło.

Wrodzona charyzma?

Chyba coś w tym rodzaju. No i trochę pomogła mi mama. Pamiętam, że kiedy na początku za każdym razem przychodziłem ze szkoły poobijany, matka wzięła się na sposób. Zorganizowała ciepłe lody, to bita śmietana, oblana twardą czekoladą za zewnątrz, wtedy to był rarytas i rozdała wszystkim na podwórku. Oni nie wiedzieli o co chodzi.

Ciepłymi lodami przełamała lody?

Zostałem wkupiony w to środowisko, miałem mądrą matkę. Na początku rówieśnicy traktowali mnie jako innego, stąd był konflikt.  Nie chodziłem do kościoła katolickiego, jak oni, czyli byłem inny. Każdy w wieku kilku, czy kilkunastu lat, bardziej czy mniej inny, jest zawsze narażony na wrogie traktowanie. A potem pojawiają się ciepłe lody i agresja zanika. Inny? Niech mu będzie. Czy jest protestantem, czy Cyganem, czy Żydem, ale to jest nasz człowiek.

Pana ojciec już wtedy był pastorem?

Tak, od samego przyjazdu do Wałbrzycha był pastorem i to było dla niego najważniejsze posłannictwo. Był też dyrektorem w browarze i prezesem „Społem”, co władze denerwowało, bo nie należał do Partii PZPR. Zaproponowano więc kompromisowe rozwiązanie. Do partii nie musi należeć, ale niech przynajmniej tym pastorem nie będzie. Nie zgodził się. Miał swoje zdanie, swój światopogląd i nie zbaczał na boki. Pełnił swoje pastorskie powołanie przez 40 lat. Jak jego ojciec.

Być synem pastora, to chyba niełatwe. Koledzy lali pana za protestantyzm?

Nie. Uznali, że jestem jakimś innowiercą i pogodzili się z tym. Trochę ich dziwiło, jak można być legalnym synem księdza, ale jakoś to po swojemu zrozumieli. Bardziej chyba przeszkadzały im grupy Świadków Jehowy, z powodu pewnej natarczywości tego środowiska. W pewnym momencie zielonoświątkowców łączono z tamtymi i musiałem sporo się natrudzić, żeby uświadomić kolegów, że my jesteśmy inni. Świat wokół nas miał dużo więcej barw, z czego nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy. To był tygiel, gdzie mieszało się wszystko. Żyliśmy w ultra żydowskim zagłębiu intelektu i przyszłych służb Izraela, obok ultra katolicka wspólnota i ultra ateistyczna, bo ci wszyscy repatrianci z Belgii i Francji to byli po prostu prawdziwi komuniści, którzy nie wierzyli w żadnego Boga, tylko w Marksa, Engelsa i Lenina.

Categories: Chapters

Tagged as: ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s