Press

GW: Koniec afery Art-B. Zarzut: przywłaszczenie 71,7 mln zł

Bez rozgłosu warszawska prokuratura okręgowa zamknęła bodaj najdłuższe w Polsce śledztwo trwające od połowy 1991 r. Sędzia, który dostanie tę sprawę, będzie miał sporo pracy, bo akta liczą ponad 300 tomów. Prokuratura postawiła Gąsiorowskiemu jeden zarzut: przywłaszczenia mienia spółki w kwocie 71,7 mln zł, za co grozi mu do dziesięciu lat więzienia.

 

Młodsi czytelnicy nie pamiętają tej sprawy. Żyła nią cała Polska na początku lat 90. Przewijały się w niej wielkie pieniądze, rodzący się biznes i polityka.


Od czekolady po czeki 

Jest luty 1989 r., kończy się PRL. Bogusław Bagsik, muzyk i stroiciel fortepianów, zakłada w Cieszynie z Franciszkiem Juroszką Art-B (skrót od artyści biznesu). W grudniu trzecim wspólnikiem zostaje lekarz laryngolog Andrzej Gąsiorowski. Od trzech miesięcy Polską rządzi pierwszy niekomunistyczny rząd Tadeusza Mazowieckiego. Art-B zaczyna od importu czekolady, kawy, puchowych kurtek. Po kilkunastu miesiącach rozrasta się do holdingu ok. 200 spółek zatrudniających 15 tys. ludzi. Chce handlować ropą naftową i bronią. Gąsiorowski i Bagsik uchodzą za cudowne dzieci raczkującego polskiego biznesu. Jeszcze do dziś w internecie można znaleźć filmy, na których widać ich przy luksusowych limuzynach i w wynajmowanym dworku w Pęcicach. Ale już dwa lata później prezydent Lech Wałęsa mówił o nich, że aferzystów puści w skarpetkach.
Z akt sprawy wiadomo, kto pierwszy wpadł na trop afery. W grudniu 1990 r. do wrocławskiego oddziału Banku Handlowo-Kredytowego przyszedł przedstawiciel Art-B, aby zrealizować wystawiony w warszawskim Agrobanku czek na 420 mld zł (dziś po denominacji to 42 mln zł). Dyrektor wrocławskiego oddziału nabrał podejrzeń. Zadzwonił do Agrobanku, by potwierdzić, że czek ma pokrycie w gotówce. Rozmawiał z głównym księgowym, który szczerze wypalił, że czek nie ma pokrycia, bo spółka dopiero prowadzi rozmowy o uzyskaniu kredytu. Dyrektor zablokował więc jego realizację. Jednak następnego dnia przyszedł faks z Warszawy z informacją, że bank gwarantuje czek. Dyrektor z Wrocławia zrezygnował więc z jego dalszego blokowania. Dopisał do konta spółki kwotę i wydał jej kolejny czek na taką samą sumę. Po kilku godzinach przedstawiciel Art-B zrealizował go w Ustroniu.


Dyrektor do bankowców: Uwaga, może być afera 

Dyrektor z Wrocławia o swoich podejrzeniach poinformował centralę banku i nadzór bankowy. Ostrzegł, że banki mogą być narażone na straty finansowe.
Jak działał oscylator? Firma dostawała w jednym banku czek. Realizowała go w innym. Bank rejestrował transakcję i już od tego momentu naliczał odsetki, choć pieniądze nie były jeszcze przelane. Potwierdzenie czeku zajmowało nawet kilka dni, bo banki wymieniały informacje pocztą. Przez te kilka dni firma zarabiała na odsetkach podwójnie. Bo odsetki naliczał też bank, który pierwszy wystawił czek.
Art-B przerzucała w ten sposób pieniądze pomiędzy lokatami w bankach w całej Polsce. Czeki przewoziła samochodem. Art-B przerzuciła 6,2 tys. czeków pomiędzy kilkudziesięcioma bankami, zarobiła na oprocentowaniu lokat 10 mln dol. Śledczy doliczyli się jednak 424 mln zł debetu na koncie spółki, bo czeki były bez pokrycia. Na tyle też wyceniono straty polskiego systemu bankowego. Z akt sprawy wynika, że firmie w płynności finansowej pomagały m.in. kredyty z Agrobanku i PKO BP.
Może straty byłyby mniejsze, gdyby w porę zareagowało państwo.
Pierwszy ostrzegawczy sygnał wysłał dyrektor wrocławskiego banku. Informacje przekazał też do wrocławskiej prokuratury, ale ta czekała na formalne zawiadomienie o przestępstwie. O zagrożeniu informowano prezesa NBP. Ale śledztwo wszczął dopiero UOP w czerwcu 1991 r.
W sierpniu Gąsiorowski i Bagsik wyjechali z Polski do Izraela. Prokuratura wysłała za nimi list gończy, a do spółki wszedł likwidator, który działa w niej do dziś, szukając majątku.


Bagsik znowu w celi 

Bagsika zatrzymano na lotnisku w Zurychu w 1994 r. Za oszustwo, wręczenie łapówki i działanie na szkodę Art-B został skazany na dziewięć lat więzienia. Wyrok odsiedział, ale dziś znowu jest w areszcie, podejrzany o pranie brudnych pieniędzy. Ma też proces za stworzenie piramidy finansowej. Zmarniał. Ostatnio w sądzie skarżył się, że w areszcie nabawił się krost na ciele. Chciał je pokazać sędziemu.
Gąsiorowski miał więcej szczęścia. W Izraelu zaangażował się w biznes. Udało mu się dowieść, że zarzuty za oscylator się przedawniły. Wiosną tego roku prokuratura umorzyła ten wątek i wycofała się z listu gończego. Dzięki temu Gąsiorowski mógł po raz pierwszy od 23 lat przyjechać do Polski na przesłuchanie.
Efektem wizyty było zamknięcie śledztwa i wysłanie aktu oskarżenia. Prokuratura podtrzymuje zarzut przywłaszczenia pieniędzy spółki. Oskarża Gąsiorowskiego, że jako wiceprezes Art-B z pieniędzy spółki z żoną kupił działkę z domem w Cieszynie za dzisiejsze ćwierć miliona złotych. Za kolejne 70 tys. zł kupił luksusowy model BMW 750.


Tankowce z Nigerii nie dopłynęły 

Najpoważniejszy zarzut dotyczy wyprowadzenia za granicę wspólnie z Bagsikiem ponad 71 mln zł. Połowę tej kwoty wywieziono legalnie w dolarach zapakowanych w kilka worków (dewizy zakupiono w kantorach Aleksandra Gawronika) prywatnym samolotem do Izraela. Drugą połowę przelano na zagraniczne konta, jako zapłatę za fikcyjną – według prokuratury – transakcję zakupu nigeryjskiej ropy. Prokuratura ustaliła, że umowę podpisano ze spółką zarejestrowaną w Irlandii, w której pakiet kontrolny mieli Bagsik i Gąsiorowski oraz ich bliski współpracownik Meir Brandwaiman. Na zakup ropy spółka dostała kredyt bankowy, ale pieniądze przerzucała pomiędzy bankami, by zarabiać na oscylatorze.

 

Ropy nigdy nie otrzymała, choć jej dostarczenia domagał się nawet likwidator Art-B. Bagsik tłumaczył potem, że dolary wywiózł, bo musiał spłacić “subwencję”, którą dostał na rozwój przemysłu spożywczego.

Przesłuchany w Polsce Andrzej Gąsiorowski nie przyznał się do winy. Zeznał, że nie ukradł żadnych pieniędzy, tylko skupował dolary w celach spekulacyjnych. Pieniądze ostatecznie trafiły do sejfu w banku i nie wie, co potem się z nimi stało.

Gąsiorowskiemu grozi do dziesięciu lat więzienia. Będzie odpowiadał na podstawie kodeksu z 1969 r.

Do dziś likwidatorowi spółki udało się odzyskać 621 mln zł, m.in. ze sprzedaży 8 samolotów, 76 traktorów, 106 samochodów i 79 nieruchomości. Likwidator wytoczył 624 różne postępowania. Próbuje też odzyskać środki za granicą, które trafiły do innych spółek. W tej sprawie prowadził rozmowy ugodowe.

 

Warszawski sąd okręgowy nie wyznaczył jeszcze terminu procesu. Z powodu przeciążenia sprawami złożył wniosek, żeby przekazać sprawę do innego sądu, bo zarzuty przeciw Gąsiorowskiemu przedawnią się w 2016 r.


Rozmowa z Andrzejem Gąsiorowskim 

Mariusz Jałoszewski: Będzie pan przyjeżdżał do Polski na proces? 

Andrzej Gąsiorowski: Będę. Narażenie firmy na straty to nie przestępstwo. Wreszcie będę mógł przedstawić swój punkt widzenia. Nie naraziłem nikogo na straty. Likwidator odzyskał pieniądze z nawiązką [Gąsiorowski z nim współpracuje, wskazuje majątek, w zamian ma dostać połowę odzyskanej kwoty]. Tydzień temu udało się podpisać ugodę, na mocy której odzyska kolejne 67 mln dol., z czego 20 mln dostaną niestety adwokaci.


Czy warto było uciekać? 

– Nie uciekłem. List gończy wysłano dopiero trzy miesiące po moim wyjeździe. Często wyjeżdżałem za granicę.


Co pan robi w Izraelu? 

– Jestem biznesmenem. Zajmuję się też działalnością charytatywną na rzecz ocalałych z Holocaustu, pomagam imigrantom.


Co pan myśli o byłym wspólniku, który znowu jest w celi? 

– Życzę, by zmienił mu się los.

Gdyby pan mógł cofnąć czas, to… 

– Po 1989 r. wyjechałbym jako lekarz do USA.

Czy wróci pan do Polski? 

– Najpierw chcę udowodnić swoją niewinność.



Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,16749449,Koniec_afery_Art_B__Zarzut__przywlaszczenie_71_7_mln.html#ixzz3F7zqBCqq

Categories: Press

Tagged as: , ,