Interview

GW: Wywiad z Andrzejem Gasiorowskim


Człowiek ma w sobie dwa wcielenia: dobre i złe. Są jak dwa psy – biały i czarny, stale ze sobą walczą. Zwycięża ten, którego żywi się bardziej.
 

Bożena Aksamit: W maju zagrał pan dla czterech tysięcy osób w największej sali koncertowej w Izraelu, potem przemawiał premier Benjamin Netanjahu. Dość niecodzienne wydarzenie. 
Andrzej Gąsiorowski: Tylko akompaniowałem genialnemu chłopcu – Danielowi Pruzanskiemu, który zresztą śpiewał w tejże sali koncertowej  wcześniej w marcu  dla Prezydenta Baraka Obamy, gdy był w Izraelu. Cały podkład muzyczny stworzyłem sam. Ale przede wszystkim razem z Bożeną, moją żoną zorganizowaliśmy i prowadziliśmy tą wielką międzynarodową imprezę poświęconą obchodom zakończenia drugiej Wojny Światowej – a jednocześnie zakończenia Holokaustu Na widowni siedzieli Żydzi ocaleni z Zagłady, urzędnicy ministerialni, był generał Mosadu, który złapał Eichmana oraz kombatanci, bo  w II wojny światowej walczyło 1,5 miliona Żydów, większość w armii radzieckiej, przedstawiciele korpusu dyplomatycznego wielu krajów. Z całego świata przyjechali też przedstawiciele Ewangelicznych chrześcijan, w sumie jest ich 800 milionów, u nas było kilkuset. Impreza miała być podziękowaniem dla kogo? dla wszystkich wytypowanych przez nas organizacji za pomoc charytatywną okazana ocalonym z Holokaustu. Nagrodziliśmy pamiątkowymi statuetkami biznesmena z Ameryki który dostarczył pomoc dla ponad 1,5 miliona ludzi w ostatnich 20 latach i dwóch Niemców, liderów największych organizacji pomagających Izraelowi w Niemczech oraz Unii Europejskiej. Jeden z nich jest wnukiem SS-mana, który budował Auschwitz. Razem z innymi potomkami SS-manów, teraz pomagają ocalałym z zagłady, organizują Marsze Życia w całej Europie – w zeszłym roku i w Polsce – stworzyli też zespół – dla  całej widowni zatańczyli Shma Yisrael i taniec chasydzki. To ich sposób na odkupienie ich win za czyny ich przodków.
Pana sposób  to fundacja „Helping Hand Coalition” („Koalicja Pomocna Dłoń), którą prowadzicie z żoną?
– Pani naciska, abym przyznał się do winy. Ja jednak uważam, że jestem oskarżony o rzeczy, które są trudne do określenia. Nie zrobię tego, bo nie zidentyfikowałem przestępstwa, które miałbym popełnić, a nie chcę trafić do więzienia i czekać latami na sprawiedliwość. W Polsce nie mam szans na sprawiedliwy proces. Po przekroczeniu granicy wyląduję w areszcie za „narażenie systemu bankowego na straty”. A nie ma czegoś takiego jak system bankowy – taki twór  nie istnieje – gdyż nie posiada osobowości prawnej. Jednak prokuratorzy wciąż nie chcą zmienić aktu oskarżenia z 1991 r. Chcę zostać osądzony, przesłuchano mnie kilkukrotnie w Izraelu, mam w Polsce adwokata, występowałem o list żelazny – ciągle słyszę „nie”. Co stoi na przeszkodzie, żeby zaczął się proces sądowy? Prokurator powtarza: „pan ma trafić do więzienia, wtedy się panem zajmiemy”. Tylko, że w 2016 roku ostatni zarzut przedawni się. Mam wrażenie, że tu nie chodzi o sprawiedliwość, tylko o ukaranie mnie. Rozumie pani?
Jak by nie patrzeć, 22 lata temu prokurator zarzucił wam wyłudzenie 420 mln złotych na szkodę polskiego systemu bankowego i NBP – występującego w imieniu Skarbu Państwa.
– NBP nie ma żadnych roszczeń wobec Art. B, widziała pani dokumenty. Katowicki Bank Handlowo-Kredytowy który również nie ma do nas żadnych roszczeń, w którym mieliśmy długi, został przez NBP zlikwidowany,  nie istnieje od wielu lat, a my w kilka dni po wyjeździe z kraju przekazaliśmy Art-B z całym majątkiem na spłatę naszych długów. Wtedy jeszcze święcie wierzyliśmy, że wszystko załatwimy polubownie. Dziś Jerzy Cyran, który zajmuje się likwidacją Art-B nieźle sobie z niej żyje i pobił już chyba rekord Guinessa. Nie wiem, czy ktoś  na świecie dłużej likwiduje jakąś firmę, minęło ponad 20 lat.
– Gdy Bagsik zaproponował mi w październiku 1989 roku 30 procent udziałów w firmie, tysiąc dolarów pensji i zamianę starego Fiata 125P na BMW, miałem 30 lat, on 26. Art-B miało być epizodem, wiedziałem, że jestem tam tylko chwilę . Trudno dziś zgadnąć jak by wyglądało moje życie, gdybym nie kupił w Berlinie tej kawy, od czego zaczęła się moja wspólna przygoda w biznesie z Bagsikiem. Może wdepnąłbym w inne kłopoty, bo przecież wtedy chciałem się za wszelką cenę wyrwać z „zaczarowanego świata” lekarza z Wałbrzycha, który zarabia 30 dolarów miesięcznie, ma na utrzymaniu żonę z dwójką małych dzieci, a na co dzień zamiast pomagać, ogląda cierpiących niepotrzebnie ludzi. Pod koniec PRL-u w szpitalach brakowało nie tylko podstawowych leków, nie było nawet tlenu. Skąd wtedy mogłem wiedzieć, że spokojne czekanie na przyszłość jest najlepszym wyjściem.
Czyli wszystko przez kawę?
– Chciałem lepszego życia dla siebie i rodziny. Robiłem wtedy specjalizację z laryngologii. Z ginekologii, którą wybrałem po studiach, zrezygnowałem – nie wyrabiałem psychicznie tempa pracy na porodówce z końca lat 80. Mieszkaliśmy z Bożeną, Łukaszem i Magdą w dwupokojowym mieszkaniu w bloku, byłem tak zdesperowany, że planowałem przerobienie balkonu na gabinet. W czasie weekendów, gdy nie miałem dyżurów, grałem na klawiszach w zespole i miałem marzenie – porządny syntezator. Naprawdę ten instrument był moim największym marzeniem. I wtedy zadzwonił do mnie dyrektor wałbrzyskich Domów Towarowych Centrum, dawny przyjaciel ojca, zaproponował interes: „mam pieniądze od przyjaciół z Niemiec do obrócenia, 87 tys. marek na zakup kawy. Domy Towarowe będą odbiorcą, trzeba poszukać sprzedawcy, przerzucić przez import prywatny i zagwarantować mi prowizję”.   
 
 

Handel u schyłku PRL – otwarcie domu towarowego w Bielsku-Białej

Nie rozumiem.
– W 1989 r.??  Przepisy podatkowe wprowadzone w pod koniec lat 80. w 1989 roku eliminowały z gry państwowe firmy, które musiały płacić od każdego sprowadzonego towaru? 15 procent cła plus 10 proc. podatku obrotowego, a do tego 20 proc. dochodowego. Prywatne firmy nie musiały tego robić. Dewizy wpłacało się na konto, nikt nie pytał o ich pochodzenie – potem wyjmowało się je i legalnie na podstawie zaświadczenia bankowego wywoziło za granicę. Tam kupowało się towar, który w Polsce odsprzedawało się za złotówki. Prywatny importer płacił jedynie 7,5 procent opłaty skarbowej. Szybko przeliczyłem zysk, wyszła kwota dla mnie wtedy nie do wyobrażenia – 30 tys. dolarów. Kawę kupiłem u kuzyna mamy, który mieszkał w Berlinie, musiałem znaleźć jednak firmę, która wystawi fakturę.
Wtedy poznał pan Bagsika?
– Nie. Pierwszy raz spotkaliśmy się na jakimś młodzieżowym obozie organizowanym przez Ewangelicznych Chrześcijan. Boguś przyszedł mi do głowy, bo spotkałem go rok wcześniej w Warszawie. Był już wtedy „biznesmenem pełną gębą” urzędującym w “Holiday Inn” w Warszawie,. Miał firmę, którą założył z kilkoma innymi osobami, byli to jego znajomi z Cieszyna i Marek Doliński – syn króla Cyganów z Kalisza. Z Bogusiem ponoć połączyła go miłość do muzyki. Ówczesna Art-B niczym się nie różniła od setek innych firm z czasów raczkującego polskiego kapitalizmu. Ludzie wyciągali z pończoch dolary, pożyczali od znajomych i rodziny. Kurs do Berlina, stanie na granicy i szturm na sklepy w strefie wolnocłowej. Na każdej transakcji z kawą, czekoladą czy cytrusami zarabiało się 100 procent. Na alkoholu, papierosach czy samochodach jeszcze więcej – wystarczyło być pracowitym i mieć kontakty, a Bagsik szybko je zdobył. Tak wyglądały pierwsze wielkie interesy Art-B – po towar za granicę i z powrotem. W ten sposób firma zarobiła ten pierwszy, najważniejszy ponoć milion dolarów – handlując na ”bursztynowym szlaku” między Polską a strefami wolnocłowymi w Niemczech Zachodnich i Austrii. 
 
Zadzwonił pan i zaproponował interes?  
– Tak. Zgodził się od razu. Gdy miało dojść do odebrania pieniędzy, nie spałem całą noc. Tyle forsy. W życiu nie miałem w ręku nawet 5 tys. dolarów. Wiedziałem, że jestem nareszcie bogaty. Ustawiony na całe życie! 10 tys. USD chciałem włożyć do PKO – dostanę z tego około 90 dolarów miesięcznie odsetek, trzy razy tyle ile zarabiałem w szpitalu. Obiecywałem Bogu, że będę regularnie oddawał dziesięcinę. Bagsik zaproponował mi pracę w Art-B. W czerwcu 1990 r. zostaliśmy w spółce we dwójkę, Bagsik miał 55 procent udziałów, ja 40 Pozostałe udziały miał adwokat z Cieszyna – Jerzy Pagieła.   Skończyły się już czasy plemiennego biznesu. Wyładowane pieniędzmi bagażniki i spluwy,  faceci w czarnych skórach nie pasowali już do międzynarodowych kontraktów, sklepów i dawnych urzędników państwowych, których coraz tłumniej zatrudnialiśmy. W kontekście błyskawicznie zmieniającej się wokół nas rzeczywistości była potrzeba reorganizacji naszego sposobu myślenia i metod działania. Decydowanie o tym co z zachodnich wzorców jest przez nas do wdrożenia, a co musimy w Polsce rozwijać po swojemu. W tym czasie w Polsce wprowadzono oprocentowanie na lokatach w walucie krajowej w wysokości 30% na miesiąc (czyli ponad kilkaset procent w skali roku). Oprocentowanie w walucie obcej pozostało na normalnym poziomie rynków światowych (6-8% rocznie). Po zamianie 1 mill USD na złotówki, ulokowaniu ich na rocznej lokacie w polskim banku, można było uruchomić akredytywę w wysokości ponad 6 mill USD z terminem płatności za rok, potwierdzoną w banku amerykańskim na dostawę towaru z Korei. Po miesiącu towar z Korei docierał do Polski. Sprzedano go po cenie dumpingowej za 5 mill USD. Uzyskane środki w trzecim miesiącu zdeponowano na roczną lokatę, która pozwoliła na uruchomienie akredytywy w wysokości 30 mill USD za towar z Korei. Tym sposobem w ciągu dwunastu miesięcy możliwym było uruchomienie importu na pułapie 300 milionów dolarów, sprzedając towar po cenach znacznie niższych niż ich wartość rynkowa, by uzyskać maksymalnie szybki obrót kapitałem. W tym czasie Art-B sprowadziło z samego Goldstara ponad 300 tys telewizorów, 500 tys wideo, kilkaset tysięcy kuchenek mikrofalowych, lodówek, kamer. Ich sprzedażą w kraju zajmowało się ponad 200 firm stworzonych przez Art-B. Taki był początek. Później Art-B prowadziła rozległe operacje handlowe oraz finansowe. Niektóre, z nich przynosiły zyski przekraczające tysiąc procent w skali roku. W dziedzinie showbiznesu po zorganizowaniu w 1990 w katowickim Spodku festiwalu Good News, była organizacja i finansowanie festiwalu młodzieży na Jasnej Górze przy okazji wizyty Papieża w 1991, a później finansowanie i organizacja pięciodniowego festiwalu Legendy Gitar w Sewilli w 1992 przy Expo 92 i globalna transmisja koncertu do ponad 500 milionów telewidzów.
O co chodzi z tą dziesięciną?
– Jestem protestantem, Zielonoświątkowcem, oddajemy dziesiątą część zarobków na działalność Kościoła.  Mój dziadek (ze strony ojca) – górnik szukał pracy we Francji, Belgii, Niemczech. Był szwoleżerem w carskim wojsku, potem komunistą, skazanym za przekonania w 1920 r. I nagle w procesie wewnętrznej potrzeby poszukiwania absolutnej prawdy nawrócił się na głęboką wiarę w Boga – stał się zielonoświątkowym misjonarzem. Wstawał rankiem, otwierał szeroko okno i rozpoczynał wielbienie Pana. Jako kilkulatek znałem ich kilkadziesiąt dziadek, który mawiał, że tylko zdechłe ryby płyną z prądem – kilkaset. W tamtym okresie lat pięćdziesiątych w czasie głębokiego stalinizmu nie było łatwo być dysydentem oficjalnie deklarującym swoją przynależność do mniejszościowej grupy religijnej, jakim jest bycie Protestantem w katolickiej Polsce rządzonej przez komunistyczny reżim. Dziadek był notorycznie więziony za rozpowszechnianie wiary. Był założycielem kilkudziesięciu wspólnot na Górnym Śląsku. Pastorem został także mój ojciec. Dziś już emeryt, przez wiele lat był głową zboru w Wałbrzychu. Skończył chemię spożywczą na politechnice wrocławskiej, z nakazu pracy trafił do browaru, a potem był prezesem Społem w Wałbrzychu. Ze względu na wiarę w Boga nigdy nie był członkiem komunistycznej partii. W tamtym okresie komunizmu  moja rodzina była oczywiście non-stop inwigilowana. Ludzie z lokalnego aparatu partyjnego strasznie go naciskali, żeby zrezygnował z funkcji w kościele, obiecywali awans: „bądź sobie tym protestantem, ale zrezygnuj z bycia pastorem”.  Ale dla niego grupka tych ludzi była ważniejsza niż kariera.
 

Andrzej Gąsiorowski z żoną na plaży w Izraelu, lipiec 2013 r.

 
Trudno było być synem pastora w PRL-u?
– Miałem gorzej niż dzieci partyjnych. Uważano nas za sektę, kociarzy czy jehowców. Dziecko słyszy „kociarz” to nie wie o co chodzi, więc nawet nie boli. Pytałem się rodziców: „jaka kocia wiara? Jaki kot?”. Jednak z czasem pojawił się podział na ”my” i ”oni”. A za nim rodzaj przymusu: że jak jesteś inny, musisz mocno wierzyć, bo to kosztuje. W średniej szkole, wszyscy piją, a ty znowu – nie. Na studiach jako jeden z niewielu na roku nie zapisałem się do Związku Socjalistycznych Studentów Polskich.
Tyle, że w przeciwieństwie do katolików, którzy przychodzą  do potężnego kościoła, w którym człowiek tak naprawdę jest sam – u protestantów  więzi między członkami zboru są na całe życie, często związki rodzinne bywają słabsze niż te duchowo-ideologiczne. Powiedziałbym, że tworzy się coś na kształt social network. Gdy szukałem kontaktów, by jeszcze za PRL-u otworzyć Szpital Chrześcijański pod Wałbrzychem, albo gdy moja żona w 1985 myślała o prowadzeniu niezależnej chrześcijańskiej szkoły – pomagali nam ewangeliczni chrześcijanie. 
Jako nastolatek nie buntował się pan przeciw wszystkim rygorom? 
– Zielonoświątkowcy bardzo duży nacisk kładą na czystość życia codziennego: nie palić, nie pić, nie kraść. Maksymalnie stosować się do reżimu w jakim sensie? który jest konsekwencją przyjęcia zasady – że wszystkie wskazania moralne zawarte w Biblii obowiązują bez wyjątku każdego, kto określa się człowiekiem wierzącym w Boga. . Panuje prosta zasada – zrobiłeś coś złego, musisz odbyć karę, odpokutować, przeprosić i zmienić życie. Nie ma czyśćca, nie ma wybaczenia – wszystko się rozgrywa tu, na tym świecie. Dzieci chowane ciągle słyszą „nie wolno, bo Pan Bóg na ciebie patrzy i wszystko widzi”. W pewnym momencie nastolatek zaczyna się zastanawiać: „no dobrze, gdzie jest ten Pan Bóg, dlaczego ja mam tego nie robić, skoro koledzy to robią, bawią się, piją – a mnie też ciągnie”. Wtedy część ludzi odchodzi z wspólnoty, a ci którzy zostają stają się bardzo radykalni. Bo jak młody człowiek w coś tak głęboko uwierzy, zazwyczaj zostaje to na całe życie.
Pan został.
– Tak, ale nie byłem aniołem. Traktowanie dzieci było proste – jak komuś rogi rosły, to trzeba było przytrzeć. Mnie kilka razy przytarto. Mama od zawsze ciężko chorowała, po nie wyleczonej anginie bakterie zaatakowały serce i zniszczyły zastawki. Jako młoda kobieta dostała wyrok śmierci. Gdy była za słaba, żeby się mną opiekować trafiałem do babki i ciotek, tam ciągle słyszałem, że robię coś nie tak. Niszczę zabawki, za szybko mówię, biegam. Bałem się strasznie, że będę musiał zostać u nich na zawsze. Towarzyszył mi lęk, że mama nagle zniknie, często słyszałem: „Pamiętaj, gdyby mnie zabrakło, musisz dać sobie radę sam”. Kiedy tata wracał po pracy do domu lubił, żeby wszystko było w porządku. Frędzle wełnianego dywanu codziennie, przed jego powrotem, czesałem z mamą grzebieniem, aż w końcu obciąłem je nożyczkami. Do tego byłem nadpobudliwy, nauczycielki irytowały się: – Gąsiorowski, dlaczego ty tak dużo pytasz?
A jak był z kolegami?

– Kilka razy zmieniałem podstawówki i miałem problemy z adaptacją, a na kolegach bardzo mi zależało. Mieliśmy  zabawę, kto pierwszy będzie w szatni, wyszedłem więc przez okno po piorunochronie. Właściwie to dałbym się wtedy pokroić, żeby mnie lubili. Gdy miałem 5 lat  na próbę kazali mi podejść do śpiącego na ławce pijanego mężczyzny i zabrać mu portfel, zrobiłem to. Kupiliśmy różne rzeczy, mnie przypadła latarka, zobaczył ją tata. Następnego dnia w gazetach informacja o okradzionym pijaku. Ojciec domyślił się i poszedł na milicję: ‘Mój syn to zrobił”. Mama powiedziała mi: „Pakuj się, idziesz do więzienia, łzy nic nie pomogą. Zaraz przyjdzie po ciebie milicja”. Do dziś pamiętam, przerażenie. Błagałem Boga, żeby wybaczył. 
Niezłe ziółko z pana było
– W liceum postanowiłem, że dam z siebie wszystko, by być na topie. Skupiłem się na tym w czym jestem najlepszy czyli matematyce i fizyce, znalazłem kolegów podobnych do siebie. Na szczęście w tej szkole pozwalano uczniom na indywidualny rozwój. Gdy kończyłem ogólniak, miałem indeks na każdą uczelnię w Polsce.
I wybrał pan medycynę
– Wprawdzie moją największą pasją była matematyka i fizyka jądrowa. Poszedłem na ten kierunek wbrew wszystkim, bo chciałem robić coś co ma sens. Studia na Akademii Medycznej we Wrocławiu, potem praca jako lekarz w szpitalach w Wałbrzychu – to był najwspanialszy okres w moim życiu w Polsce.
Skończył pan też średnią szkołę muzyczną
– Grałem na skrzypcach i pianinie. Namawiano mnie, żebym nie rezygnował z nauki i wybrał konserwatorium. W środowisku chrześcijan ewangelicznych muzyka jest bardzo ważna, właściwie każdy powinien mieć szkołę muzyczną i grać albo śpiewać. Być na scenie, mieć zespół, poruszać ludzi pozytywną muzyką – to było wówczas moje marzenie. Mój wyścig z samym sobą, by być coraz lepszym.
Na podwórku pan nie bywał
– Mało, musiałem też nauczyć się szybko odrabiać lekcje, żeby mieć czas na ćwiczenie, każde popołudnie spędzałem w szkole muzycznej. Odbywało się kosztem rzucania się kamieniami czy grania w piłkę, ale taki styl życia budował relacje. Skoro wszystkie dzieci protestanckie miały podobny reżim,  ich naturalnym środowiskiem były inne dzieci z wspólnoty religijnej. Wakacje też spędzaliśmy razem na obozach.
Tam pan poznała Bagsika, który także uczył się w szkole muzycznej, a jego przybrani rodzice byli Baptystami?
– Tak. Potem spotkałem go studio muzycznym w Wiśle-Malince. Grał na klawiszach i miał zespół. Ja też, jeździłem tam podczas weekendów, żeby z moją grupą nagrać kasetę. Pamiętam, że Bagsik zimą woził swój syntezator na sankach  studio było na szczycie góry. Potem spotkaliśmy się w sali Gwardii w Warszawie w 1987 r. przed koncertem Cliffa Richarda, który działał w protestanckim ruchu misyjnym. Mój zespół „Posłani” miał zagrać tuż przed nim. Na godzinę przed koncertem muzycy ogłosili strajk, bo chciałem, aby na perkusji zagrał katolik z ruchu „Światło  Życie”. Nie ustąpiłem i zostaliśmy w trójkę z wokalistką. Rozejrzałem się wokół za kimś szalonym, kto zagrałby bez żadnej próby. Kogo miałem poprosić o pomoc jak nie Bogusia? To był jeden z niewielu pełnych ciepła ludzi, których wtedy można o wszystko poprosić i wszystko dostać. Udało się.
Bagsik był szalony?
– W pozytywnym sensie. Lubił też prowokować, przekraczać granice. Generalnie czułem się wtedy z nim bezpieczny, bo gdy przyszedłem do firmy, zawarliśmy pakt. Powiedziałem mu, że przetrwamy jeśli będziemy wobec siebie lojalni. Ja nigdy nie będę przeciw niemu, bo to jest jego firma, – ale jak numer trzy będzie chciał mi wbić nóż w plecy, to on powie stop. Dopóki tak się działo, nigdy nie negowałem jego decyzji.
Na czym polegał jego dar?
– Miał nosa i bardzo szybko się uczył, pamiętam jak spotykaliśmy się z ekspertami, wielkimi ludźmi, Boguś – chłopak z Zabrza po maturze, chwilę później brał serwetkę, zaczynał rysować kratki i strzałki. Potrafił przełożyć na proste schematy skomplikowane dla zrozumienia innych struktury.
Kiedy zaczęło się coś psuć?
– Pamiętam, gdy wróciłem wiosną 1991 r. z USA, czułem, że zaczynają się kłopoty, zresztą byłem zmęczony tym całym szaleństwem. Bagsik wezwał mnie do siebie i mówi: „mam dla ciebie dokument”. Ja mu na to: „stop, też mam coś dla ciebie”. Wziąłem kartkę napisałem, że rezygnuję z funkcji wiceprezesa i oddaję udziały. Wymieniliśmy się kartkami. Bagsik na swojej zrezygnował z prezesostwa i obdarzył mnie tym „zaszczytem”.
Mieliście świadomość nadciągającej katastrofy?
– Ja tak. Na długo wcześniej niż ona nastąpiła. Żałuję, że to wszystko nie stało się dużo wcześniej, bo Art-B było jak dziecko poczęte w reaktorze nuklearnym. Od razu stało się poczwarką. Naszym grzechem był pozwolenie na nadmierny przerost firmy. Potem wszystko potoczyło się jak kula śniegowa. Nie trudno było opanować ten organizm,  samonapędzających się wielkich biznesów i rozkręconego oscylatora w kontekście narastającej agresji organów prawnych, finansowych i służb specjalnych zaktywowanych działaniami konkurencji zagrożonej naszymi sukcesami Wszystko co złe zaczęło się od przeprowadzki do Warszawy. Bagsikowi, który ciągle musiał udowadniać, że jest najlepszy, w pewnym momencie zaczęło imponować, że mamy autorytet w stolicy. Przedtem byliśmy po prostu chłopcami z prowincji, którzy siedzieli sobie w lobby „Holliday Inn”. I trzeba było tam zostać, bo pieniądz zarobiony w Cieszynie, Wałbrzychu czy Warszawie jest dokładnie taki sam. Jak człowiek wejdzie na scenę i oświetlą go reflektory staje się obiektem zainteresowania – dobrym i złym. Nieuchronnie staje się przedmiotem ataku.
Jaka była Pana rola?
– Oprócz współpracy w realizacji prawie wszystkich projektów, moim działaniem było budowanie struktury firmy w kraju i na całym świecie.
A co Art-B właściwie robiła?
– Pod koniec 1990 roku, a więc już w drugim roku swojej działalności – firma Art B posiadała majątek wartości 120 milionów dolarów USA.. Wypracowywała 30 milionów dolarów zysku netto. Zapłaciliśmy 12 milionów dolarów podatku dochodowego. Firma była podzielona na jedenaście doskonale zorganizowanych kadrowo i strukturalnie niezależnych departamentów. Zatrudnialiśmy setki najwyższej klasy fachowców i menadżerów.  W maju 1991 Art B zapłaciło fabryce ‘Ursus’ 35 milionów dolarów za 6 tys. sztuk ciągników, ratując chwilowo potężny zakład od bankructwa. Przekazane pieniądze pokryły zaległe wypłaty pensji dla kilkudziesięciu tysięcy pracowników “Ursusa’. W dniu mojego wyjazdu z Polski czyli w sierpniu 1991 spółka Art B miała długoterminowe lokaty bankowe (w tym 65 milionów USD w banku PKO BP). Posiadaliśmy listy gwarancyjne, w tym 280 mln USD z PKO BP, wielomilionowe fundusze powiernicze. Różni kontrahenci byli nam winni setki milionów dolarów. Nadwyżki gotówki na lokatach bankowych to w przeliczeniu 380 milionów USD). Udziały w 125 firmach w kraju, w tym w Banku Rozwoju Eksportu, Agrobanku, Warcie S.A. – w branży bankowej, rolnictwie, przemyśle ciężkim, zbrojeniowym, informatycznych, energii, ekologii, produkcji, żywności, sprzętu gospodarstwa domowego, posiadaliśmy zakłady produkcyjne, nieruchomości, media.  Do tego setki firm za granicą zatrudniające kilkanaście tysięcy pracowników. W firmie pozostało na stanie ponad 100 tys. magnetowidów, 60 tys. telewizorów, 13 tys. lodówek, 7 tys. traktorów ‘Ursus’, kilkanaście doskonale funkcjonujących zakładów przemysłowych, kilkanaście samolotów i  helikopterów, setki samochodów, 17 nowocześnie wyposażonych biura w całym kraju, setki hektarów nieruchomości. W Izraelu 50% udziałów w największej firmie naftowej PAZ, który obsługuje tam połowę stacji benzynowych, 95% dostaw paliwa lotniczego, 40 dostaw paliwa dla armii, będący udziałowcem kilkudziesięciu innych wiodących na rynku firm w branży energii.
Po co wam to było?
– Byliśmy młodzi, nawet bardzo, więc czuliśmy się jak na ekstremalnej wyprawie w nieznane. To co się działo było bardzo ekscytujące. Trudno wytłumaczyć to dzisiaj, przełom lat 80. i 90. stworzył złudzenie świata, w którym wszystko jest możliwe.  . Z drugiej strony, gdy przekracza się pewien próg i ma się tyle, że już wystarczy – zaczyna się latać ponad chmurami, a stamtąd nie widać już ziemi. Nie ma punktu odniesienia. Teraz to się wydaje śmieszne, ale wtedy cały czas wydawało się nam , że jesteśmy z tyłu peletonu, że przed nami jest cała gromada prawdziwych biznesmenów, do których my mamy 40 okrążeń.  
Lubiliście zrobić wrażenie?
– Dobre wrażenie to była i jest podstawa do osiągnięcia zamierzonego celu jakim jest finalny sukces. Ważny był rzeczywiście dobry samochód. Dobry samolot.  Piękny pałac. Ale…Choć mogłem mieć wtedy każdy syntezator jaki sobie wyśniłem, tylko nie miałem czasu, żeby na nim grać. Mój syn, który latał na co dzień naszym prywatnym samolotem marzył, żebym choć raz odwiózł go do szkoły. Po  co Bagsikowi i mnie były potrzebne te obrazy? Po co nam były Pęcice i biura przy Wspólnej, przez które przewijały się setki osób? Na obrazach kompletnie nam nie zależało. Na początku byliśmy z nikąd i mieliśmy nic. Lokowaliśmy się między facetem, który ma sklep z frytkami, a nie wiadomo kim – nie żadnych było wzorców. Potem okazało się, że mamy szybsze samochody, ale czułem pełen szacunek dla ludzi, którym daliśmy pracę – bo to oni byli prezesami, ministrami, oni zarządzali. Oczywiście, żeby się odnaleźć w tłumie tych VIP-ów trzeba było mieć  dużo  tupetu, czasami coś przyciąć, zagrać. Ale właściwie w środku zupełnie się nie zmieniliśmy. Teraz wiem, że w sumie w Warszawie traktowano nas jak konie wyścigowe – przyszli chłopcy z prowincji, może wygrają, wtedy my na ich plecach pojedziemy dalej.
  
Andrzej Gąsiorowski przed wyjazdem z Polski, lipiec 1991 r.
 
Niech pan nie będzie tali skromny, mieliście trochę ułańskiej fantazji.
– Być może tak. Bardziej Bagsik. Ja chyba mimo wszystko byłem bardziej konserwatywny w przejawianiu ekstrawagancji. Bogusiowi zdarzało się wozić cały bagażnik banknotów luzem i jeszcze go nie zamykać, albo wyrzucić telewizor przez okno do basenu, żeby pokazać obsłudze, kto rządzi. Innym razem, gdy kupowaliśmy akcje izraelskiej firmy paliwowej PAZ, wywoziliśmy z Polski gotówkę – 70 mln. dolarów, oczywiście mięliśmy na to pozwolenie. Ochroniarz na lotnisku spytał, co jest w worku i gdy usłyszał, że dolary, westchnął „nigdy nie widziałem tyle forsy”. „Nie? To popatrz” – Bagsik wziął od niego nóż i rozciął worek. Taki to on był.
Lubił zabłysnąć. Byliście trochę z innej bajki, dziwna przyjaźń.
– Typowo męska. Trochę szczenięca. Za czasów Art-B nasze rozmowy o biznesie trwały średnio koło minuty, bardziej rajcowało nas granie w ping-ponga, Bagsik bardzo chciał ze mną wygrać i to było najważniejsze. Graliśmy do ostatniej krwi.  Kiedyś Boguś pojechał załatwiać jakieś poważne kontrakty z Sony, gdy wrócił pierwsze co powiedział: „ale kupiłem sprzęt, padłem na kolana. Bosendorfer, przywiozłem samolotem”. Zamiast o interesach rozprawialiśmy o dźwięku fortepianu. Nasze rozmowy przypominały spotkania dwóch nastolatków, a nie  prezesów. Np. Idziemy to toalety, stoimy obok siebie, a Bagsik mi mówi: „kupiłem Ursusa”. „Jak to?” – pytam. „Siedem tysięcy traktorów, jakoś to sprzedamy”. To był kwiecień 1991 roku.
Powiedział to panu, gdy sikaliście?
  
– Tak. Potem dowiedziałem się, że mam pojechać na konferencję prasową, bo „ludzie mówią, że nie wiadomo skąd mamy kasę, trzeba będzie pojechać i stawić czoła”. Na konferencji siedzi minister przemysłu Andrzej Zawiślak, premier Jan Krzysztof Bielecki. Miałem za sobą nieprzespaną noc, dookoła stado szerszeni, światła, kamery, jakieś pytania. W głowie kołacze się „co ja mam im powiedzieć”. Nagle słyszę, to teraz prezes Art-B zabierze głos. Zacząłem dukać „Ja tu w charakterze inwestora, jestem bardzo wielkim optymistą”. Na pytanie dziennikarki: „Skąd wzięliście pieniądze”, odparłem, że z obrotu kapitałem: „zarabiamy w bankach i dajemy innym”. I wtedy się zaczęło – staliśmy się sławni.
Czymś jeszcze Bagsik pana zaskoczył?
– Na przykład propozycją że weźmiemy udział w operacji „Most”. Ludzi z Sochnutu, izraelskiej organizacji służb specjalnych zajmującej się Aliją  czyli organizowaniem powrotu Żydów na „ziemię ojców”  do Izraela z wszystkich zakątków ziemi poznaliśmy w Izraelu. Poprosili o pomoc – nie odmówiliśmy. Po koniec lat 80. władze rosyjskie zezwoliły na wyjazd Żydów do Izraela, ale nieoficjalnie. Mieli jechać początkowo przez Budapeszt, jednak gdy terroryści wysadzili „biuro turystyczne” obsługujące operację – Węgrzy odmówili. Wtedy władze izraelskie poprosiły Polaków, premier Mazowiecki dał zielone światło, a LOT zgodził się udostępnić lotnisko. Czyli pozwolenie z Polski na przeprowadzenie operacji pomiędzy ZSRR i Israelem było, ale nie istniały żadne formalne struktury zdolne realizować przebieg tej jednej z najniebezpieczniejszych tajnych operacji w historii polskich służb specjalnych. Izraelskie służby nie mogły tego zrobić oficjalnie. Polskie służby również nie za bardzo mogły działać na wprost. Izrael potrzebował więc w Polsce odpowiedniej firmy prywatnej która byłaby w stanie stać się partnerem w tym temacie.  Art-B pomogła finansowo, w logistyce oraz w realizacji tej operacji. Dodatkowo zatrudnialiśmy u siebie jako „ochroniarzy”, polskich komandosów którzy wspomagali te działania tajnej wówczas jednostki GROM dowodzonej przez generała Petelickiego.

Jak to wyglądało?
– Polacy zabierali z przejścia granicznego w Terespolu Żydów, którzy oddawali na granicy paszporty i przewozili ich autobusami na Okęcie do podstawionych samolotów, które odlatywały to Tel Awiwu. Mimo prób sabotażu ze strony palestyńskich terrorystów, którzy usiłowali wysadzić samolot, bezpiecznie przewieziono 60 tysięcy osób. Dlatego później mieliśmy tylu dobrych znajomych w Mosadzie, czy Szabaku, izraelskie służby odpowiedzialne za kontrwywiad  co to? – choć nie byliśmy agentami Izraela. Ale wcale nie było tak wesoło – dostaliśmy informację, że Libijscy terroryści, którzy siedzieli wówczas w Polsce wzięli sobie nas na celownik. Jeszcze do tego Bagsik wszem i wobec oświadczał, że jest Żydem, ma izraelski paszport i właśnie kupił PAZ w Izraelu. To wszystko działo się na początku lata 1991 r. 
 
Wasza przyjaźń nie przetrwała próby
– Z czasem i narastaniem kłopotów nasze rozmowy stawały się jeszcze bardziej lakoniczne. Gdy wyjechaliśmy z Polski przez pierwsze dwa lata żony z dziećmi mieszkały w Huston, tak było bezpieczniej. Żyłem w Tel Awiwie samotnie, byłem wściekły na cały świat i nagrywałem płyty z muzyką elektroniczną, głównie agresywne techno-trans i , ale również sentymentalny ambient.
Człowiek ma w sobie dwa wcielenia. Dobre i złe, są jak dwa psy – biały i czarny, stale ze sobą walczą. Zwycięża ten, którego żywi się bardziej. Trzeba karmić tą dobrą stronę, bo ciemna weźmie górę, a później już nie ma odwrotu.
A co z Bagsikiem?
– Spotykaliśmy się czasami, wypiliśmy piwo, zamieniliśmy parę słów, potem wracałem do siebie. Dzwonię kiedyś do niego: „słuchaj Baks dołożyli mi 15 lat”. On na to po chwili milczenia: „o jej”. Cała rozmowa. Od 1994 r., gdy złapali go na lotnisku w Szwajcarii rozmawialiśmy przez prawników albo telefonicznie, ale o czym my mamy gadać:  co słychać? Jak się czujesz?
Potem były problemy prawne w Izraelu.
– Tydzień po Jom Kipur w 1996 r. 
Co pan przeskrobał?
– Na czas nie skończyłem znajomości z Mejerem Barem i zostałem oskarżony o udział w gangu fałszerzy kart kredytowych których on podobno był współpartnerem. Później zarzut zmodyfikowano oskarżając mnie o brak współpracy z policją w sprawie udzielenia informacji dotyczących tego rzekomego gangu. Sprawa na końcu okazała się prowokacją policyjną, chcieli kogoś złapać, ja dostałem rykoszetem.
 
  
Dokument ”Uciekinier”
Kim jest Meir Bar?
– Jeden z najbardziej bezczelnych ludzi jakich można napotkać w swoim życiu. Genialny oszust i kombinator. Stolarz z Jerozolimy. Gdy mu nie szło, spalił zakład i chciał wyłudzić odszkodowanie, nie udało się , więc wyciągnął od ludzi 250 tys. dolarów – w zamian obiecał super interesy. Kupił garnitur i pojechał do Polski, skąd wyemigrował przed laty. W Warszawie natknął się na Bagsika i zaczął brylować: przedstawiał się jako miliarder i współwłaściciel Art-B. Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobił, to przekonał ludzi w Izraelu z bardzo wpływowych środowisk, że jesteśmy wielcy biznesmeni, dlatego pozwolono nam kupić połowę udziałów w największym izraelskim koncernie naftowo-gazowym PAZ. Meir ma taką siłę „bajeru”, że nawet jak cały Izrael wiedział kim on jest, potrafił znaleźć kolejne osoby, które powierzały mu pieniądze. W końcu, gdy zupełnie zbankrutował, wyjechał na Ukrainę, ożenił się i znowu kogoś tam oszukał. Demon chaosu. 
Dużo pan spotkał takich głodnych duchów?
– Jeżeli wchodzi się w biznes, napotyka się rozmaite osoby, a bardzo często niesamowicie skuteczni są ci, których trudno nazwać kryształowymi. Mają nieprawdopodobną energię, siłę przebicia. Meir był jedną z nich.
W konsekwencji policjanci chcieli mnie namówić do współpracy i obciążenia kilku osób, które znałem. Powiedziałem „nie”. W Izraelu za odmowę współpracy z policją grozi trzy lata więzienia. Reprezentował mnie osławiony prawnik, który w latach 80-tych wybronił obozowego strażnika – Iwana Demianiuka.
A potem?
– Zdecydowałem się odciąć od wszystkich. Zerwałem wszelkie kontakty – biznesowe, medialne. Zaszyłem w domu, byłem z żoną i dziećmi. Przeprowadziliśmy się wtedy z Tel Awiwu do Cezarei. Zamiast tracić pieniądze na prawników, postanowiłem przestać się bronić i dogadać z wszystkimi. Wtedy podpisałem z NBP umowę, że będę wskazywał, gdzie są pieniądze Art B, a w przypadku ich odzyskania mieliśmy dzielić się pół na pół. Było to bardziej opłacalne dla dwóch stron, niż wzajemne niekończące się procesy prawne, na których wielomilionowe honoraria zarabiali jedynie izraelscy prawnicy. Paradoksem jest to, że w tym przypadku NBP, które reprezentuje polski System Bankowy, za pośrednictwem posiadanej przez siebie Art-B w likwidacji podpisał umowę partnerską ze mną.
Umowa nadal działa?
– Tak, niedługo będą do wzięcia duże pieniądze w Izraelu, po wygranym procesie w sprawie PAZu- kilkadziesiąt milionów dolarów do podziału. 
Skąd te pieniądze?
– Początkowo chcieliśmy przekazać udziały firmy PAZ dla NBP, aby z zysków spłacać całość naszego zadłużenia, nie zgodzili się. Była to dziwna decyzja – gdyż roczne obroty PAZu przekraczają 2 miliardy dolarów. Zalecono nam sprzedaż 50% akcji firmy poniżej ich wartości zakupu, za 75 mln dolarów, które odkupiła rodzina Liebermanów – to od nich nabyliśmy wcześniej połowę udziałów w firmie PAZ. W tajnej umowie podpisanej przez Libermanów z NBP właściciele PAZu oświadczyli pod przysięgę iż wartość całej firmy nie przekracza 150 mill dolarów. Tylko na tej podstawie NBP odmówiło naszej propozycji. Dostarczając dowody na to, że jest to sprzeczne z prawdą, udowodniłem – że poprzez to polski Skarb Państwa poniósł stratę ogromnej wartości. NBP zaleciło Art-B w likwidacji rozpocząć proces przeciwko swoim byłym partnerom celem kompensaty poniesionych strat. Libermanowie zbytnio się tym nie przejęli się i pozbyli się w krótkim terminie 15 procent akcji firmy za 100 mln. dolarów. Proces, który trwa już szesnaście lat już się kończy, suma narosła do tak wielkiej kwoty.
Ale gdzie ta suma jest?
– Na obecnym etapie izraelski sąd ma ustalić końcową wartość odszkodowania jakie właściciele PAZu będą zmuszeni wypłacić. Z informacji na rynku wynika iż w chwili obecnej wartość PAZu wynosi ponad 1.5 miliarda dolarów. Jej właściciele zamierzają właśnie odsprzedać firmę. Skarb Państwa w Polsce do dnia dzisiejszego mógł spłacić tą firmą całość naszego zadłużenia. Firma PAZ mogła być nadal w naszych rękach. A mógłbym wreszcie cieszyć się w spokoju ducha zasłużoną emeryturą.  
  
Konferencja prasowa obrońców założycieli Art-B, 1992 r.
 
Liczył pan na to, te kilkanaście lat temu?
– Wtedy w 1996 r. widziałem świat w czarnych kolorach. Jeden z sąsiadów powiedział mi „jest sporo ludzi, którzy nie opierają się na informacjach  z gazet. Bardzo chętnie ci pomożemy, ale musisz wziąć piłę tarczową i zrobić amputację wszystkich osób, z którymi dotychczas zadawałeś się”. 
Pomogli?
– Pomogli, głównie Protestanci. Paradoksalnie więzienie, pomogło mi odzyskać równowagę, gdy wróciłem na ring, zacząłem robić międzynarodowe interesy z zupełnie innymi ludźmi.  Nie miałem wtedy za dużo środków na rozwój biznesu, więc postanowiłem skupić się na tym co najlepsze – mózgu, kontaktach, oraz informacji. P To zaczęło procentować, pojawili się ludzie z tzw. wyższych sfer. Zostałem strategicznym  partnerem  wielu bardzo interesujących projektów, o których istnieniu wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Rezultat był ponad moje najśmielsze oczekiwania!  .
Nie doskwiera panu życie w złotej klatce?
– Nigdy nie byłem w Pradze, Budapeszcie czy Paryżu. Tej Polski, którą znałem – już nie ma. Tego uczucia nie można nawet nazwać tęsknotą – raczej czekaniem. Po wyjeździe z Polski zapadłem na syndrom odrzucenia. Najwyraźniej podzielam los  wszystkich polskich emigrantów, którzy pisali z tęsknoty wiersze czy  muzykę. Jest w tym coś masochistycznego,  należy strzepnąć tę historię jak pyłek z ramienia – „nie dorwali mnie jeszcze, to sobie żyję”. Nie potrafię tego, a jak mówi Biblia tylko własne serce zna własny ból.  Dziś  mam już wielki dystans to swojej przeszłości, ale przez lata to była trucizna. Chodzi się z nią w środku, kładzie spać, a w głowie zaczyna się pochód myśli „co by było gdyby”, „co można było zrobić inaczej”.
 
Co było najgorsze?
– Natrętne pragnienie, żeby się w końcu skończyło zawieszenie w próżni. Permanentne przedłużanie terminu przedawnienia. Najpierw 10 lat. Później do 20. Teraz 25 lat. Konsekwentna odmowa uznania moich praw do obrony – do konfrontacji moich zeznań z postawionymi mi zarzutami. Odmowa wydania listu żelaznego. Możliwość konfrontacji z wersją wydarzeń podtrzymywaną  przez media.  Ale to już minęło. Teraz dla Bagsika, który wyszedł po 4,5 roku z więzienia mógł odetchnąć z ulgą. -, jest już po wszystkim. Dla mnie po 21 latach jeszcze nie.
Dla pana będzie po wszystkim, jak wróci pan do Polski?
-Dziś jestem pewien, że do Polski już nie wrócę. Po 20 latach oczekiwań traciłem poczucie przynależności. Gorzej, Polskę traktuję jako strefę śmierci, osobistego zagrożenia.  Mam taki złośliwy pomysł, że przeznaczę milion złotych na wygraną w teleturnieju w Polsce , w którym każdy będzie mógł wystartować, przede wszystkich moi prokuratorzy, sędziowie, również bankierzy, dziennikarze, czytelnicy ich gazet. Wygra ten, kto pierwszy wskaże który bank i na ile „oskubała” Art-B, jeśli nikt nie wygra, pieniądze pójdą na fundusz realizacji niezależnego filmu „Prawda o Art-B” stworzonego w charakterze „reality show” na bazie istniejących dokumentów i zaistniałych faktów, relacji świadków działalności firmy Art-B i jej obecnej likwidacji
Zostanie pan w Cezarei?
Życie jest nieustannym procesem uczenia się nowych rzeczy , dążenia do czegoś dalej, stwarzania czegoś więcej. Po 25 latach chcę poznać świat. Jest ponad 200 krajów w których jeszcze nie byłem. Mnóstwo ludzi których jeszcze nie poznałem. Tak wiele projektów których jeszcze nie zrealizowałem. W Izraelu odrodziłem się i funkcjonuję publicznie – uważam to za cud, za dar od Boga. Nauczyłem doceniać drobne rzeczy, mam plany, które codziennie rozwijam i nikt mi ich nie może zabrać. Jednak samotność jest potrzebna, żeby zrozumieć samego siebie.
I co pan zrozumiał?
– Że muszę zaakceptować swój los, samego siebie. Mój problem polegał na tym, że nigdy nie skazałem się na winę. Nigdy nie zrozumiałem, a w związku z tym nigdy nie zaakceptowałem postawionych mi przez polski system sprawiedliwości zarzutów. Gdyby tak się stało, w końcu zaznałbym spokoju, za którym tak tęsknię. Oczywiście jestem skazany na  swoją przeszłość, ale teraz  odcinam się od niej i tworzę nową przyszłość. Jak pierwsi konkwistadorzy w Ameryce Południowej, którzy palili statki którymi tam dopłynęli i zaczynali nowe życie.
Dlatego pan tak zaangażował się w pracę w fundacji? Pierwsza myśl: nakradł, a teraz chce się wybielić.
– Nie ma w tym żadnego wyrachowania. Moja jedyna intencja to sprawić choć moment radości w życiu każdego z tym poranionych przez życie osób, i jeśli jest taka potrzeba – spróbować pomóc w codziennej egzystencji. Działałem humanitarnie w Polsce przed Art-B, również w czasach Art-B. W Izraelu zaczęła się kilka lat temu, gdy poznałem Izaka Goldfingera, to niesamowity człowiek, od pierwszych dni wojny przeszedł przez 11 obozów koncentracyjnych. Jakiś czas później miałem gościć ewangelików z organizacji charytatywnych. Pomyślałem, ze zorganizuję spotkanie z ocalałymi. Okazało się, że większość zaproszonych osób, nie stać na bilet autobusowy. Izrael nie pochyla się specjalnie, nad tymi, którzy przetrwali i przyjechali tu zacząć od nowa. Trudno było pozostać obojętnym. W fundacji obok Bożeny działa mój syn i synowa, córka, pomagają przyjaciele z całego świata.
W Izraelu żyje jeszcze około 200 tysięcy takich osób, na całym świecie dodatkowo 80 tysięcy. Ponad 70 tysięcy ocalonych z Holokaustu w Izraelu żyje poniżej progu ubóstwa. Wszyscy są w bardzo podeszłym wieku. Umierają w samotności, zapomnieniu przez cały otaczający świat. Bez nikogo kto chciałby walczyć o ich prawa. W subiektywnym poczuciu odrzucenia i osamotnienia. Rozczarowani, bez nadziei na to że coś się zmieni. Żyjący na co dzień w koszmarnych wspomnieniach tamtej strasznej przeszłości, kiedy jako małe dzieci widzieli  najbliższych mordowanych na ich oczach w najokrutniejszy sposób. Nie mający nikogo na tym świecie, komu mogli by o opowiedzieć choć raz w życiu swoją historię. To było mocne uderzenie, kiedy siedem lat temu odkryłem straszną prawdę o ich losie i egzystencji. Był to mocny dla mnie impuls aby zmienić mój sposób patrzenia na świat, na samego siebie.
Co było na początku?
 
– Zacząłem swoją działalność od zera. Inspiracja najbliższych. Motywowanie zaprzyjaźnionych przyjaciół biznesmenów z różnych krajów. Razem z nimi założyliśmy fundację Helping Hand Coalition” („Koalicja Pomocna Dłoń). Zaczęliśmy od otworzenia kanału informacyjnego na ten istniejących problemów. Konsolidowania potencjalnych sojuszników. Integracji z organizacjami ocalonych z Holokaustu w Izraelu. Teraz realizujemy  wiele programów udzielania pomocy: regularna comiesięczna pomoc finansowa bezpośrednio kierowana do potrzebujących osób, import kontenerów od innych organizacji, współorganizowanie cotygodniowych zajęć zbiorowych poprzez grupy domowe oraz kluby, wycieczki po Izraelu, uroczystości świąteczne, bankiety do 1000 osób, oficjalne gale, koncerty w największych salach widowiskowych, międzynarodowe konferencje. Prowadzimy działalność w ponad 70 miastach w Izraelu. Miesięcznie udzielana jest regularna pomoc dla wielkiej grupy ocalonych z Holokaustu. Liczba osób uczestnicząca w naszych publicznych programach  – to już setki tysięcy. Wysocy urzędnicy państwowi, przedstawiciele armii, biznesu, mediów, świata artystycznego są naszymi stałymi gośćmi. W ubiegłym roju z moją żoną zostaliśmy inicjatorami powstania Globalnego Forum (pełna nazwa: Helping Hand Coalition – Global Forum)  – w skład której wchodzi dzisiaj już ponad 120 centralnych organizacji zrzeszających ocalonych z Holokaustu, żydowskich kombatantów drugiej Wojny Światowej – żołnierzy walczących we wszystkich armiach, uchodźców. Zostałem wybrany Prezydentem tej organizacji. Do Global Forum dołączyły dziesiątki międzynarodowych organizacji ze środowisk Ewangelicznych Chrześcijan wspierających Izrael, działających w ponad 180 krajach świata. Z ich udziałem organizowane są międzynarodowe konferencje, polityczne lobby w Bundestagu czy Parlamencie Europejskim, Marsze Życia w Europie, Ameryce, Azji, w zeszłym roku – i w Polsce, kongresy, takie jak rok temu w Pasadenie na 100,000 liderów. Poprzez moją grupę medialną realizujemy codzienną produkcję materiałów o ocalonych z Holokaustu, z transmisją poprzez sieć telewizji TBN na 180 krajów całego świata. Jestem w trakcie rejestracji w Knesecie parlamentarnego Lobby ds. Organizacji Pomocy ocalonym z Holokaustu. Zainicjowałem projekt zebrania na wideo świadectw ocalonych z Holokaustu. Celem jest ocalenie historii każdego z żyjących jeszcze świadków Holokaustu zakończenie do dnia 9 maja 2015 – dnia światowych obchodów zakończenia drugiej Wojny Światowej – zakończenia Holokaustu. Ten projekt wymaga zapisu codziennie 500 historii – a więc mobilizacji w Izraelu wszystkich środowisk: urzędów miejskich, organizacji społecznych, środowisk młodzieżowych i studenckich, mediów, władz. Na koniec uruchomimy portal, na którym te wszystkie opowieści zostaną udostępnione. Trudno jest w to uwierzyć, ale wiele z tych osób, nigdy nie mówiło – nawet najbliższym – co przeżyli,.. W Izraelu nikt nie chciał ich słuchać, a dziś to już ostatni dzwonek, niedługo odejdą. 
Jaką pan odgrywa w tym rolę?
– Jestem przewodniczącym zarządu oraz prezydentem fundacji Koalicji Pomocna Dłoń, jak i Helping Hand Coalition Global Forum. Koordynuję współdziałanie liderów organizacji wchodzących w skład naszego Forum w tematach realizacji wspólnych projektów. Jakiś czas temu odwiedzili Izrael ewangelicy z Singapuru, Oceanii, Papui Nowej Gwinei, był nawet ktoś z Vanuatu, wie pani co przywieźli w prezencie dla naszych podopiecznych?
Nie mam pojęcia
– Złotą biżuterię: wisiorki, pierścionki, obrączki, które zebrali wśród współwyznawców. Wyczytali, że Niemcy odbierali Żydom biżuterię i postanowili zadośćuczynić. Zorganizowaliśmy przyjęcie w pałacu weselnym na 1000 osób, w tym 700 ocalonych z Holokaustu i 300 delegatów z dalekiego wschodu. Doszło do niesamowitego osobistego zbliżenia na płaszczyźnie osobistej. Wspólne tańce, wystąpienia artystyczne, śmiech, łzy, szczęście. Dla ewangelików ofiary Holokaustu są żywymi bohaterami apokaliptycznych biblijnych proroctw, zasługujących na najwyższy szacunek, bezinteresowną miłość.
Co Pan teraz robi?
Konsekwentnie działam jednocześnie w wielu kierunkach i na wielu płaszczyznach. Wybrane przykłady: 
– Zostałem wybrany przewodniczącym zarządu, lub prezydentem wielu firm i organizacji społecznych.
– Jestem prezydentem Network Intelligence Group złożonej z firm aktywnych w pozyskiwaniu, analizie, integracji oraz adaptacji informacyjnej baz danych na temat wysoko zaawansowanych technologii realizujących projekty w dziedzinie energii, fizyki jądrowej, obronności, medycyny, oraz wdrażaniu i ekspansji zastrzeżonych technologii dopuszczonych do komercyjnego zastosowania w systemie „off-set”, realizując projekty na wszystkich kontynentach.
– Jako prezydent Globalnego Forum Helping Hand Coalition zostałem mianowany prezydentem grupy wdrażającej projekt Centrum Integracji Pomocy Medycznej celem centralnej koordynacji działania służb medycznych w Izraelu i integracji z najnowszymi technologiami i stworzenia nowego systemu monitorowania opieki zdrowotnej dla wszystkich osób w wieku emerytalnym w Izraelu. Projekt ten został zainicjowanego przez izraelski rząd przy współdziałaniu z Ministerstwem Emerytów, Ministerstwem Zdrowia, Ministerstwem Finansów, oraz Ministerstwem Spraw Społecznych. 
– Posiadam akredytację dziennikarską z Europejskiej Prasowej Federacji. Za swoją działalność społeczną zostałem zaszczycony otrzymaniem wielu nominacji, wyróżnień i odznaczeń, takich jak nominacja do Prezydium Światowej Federacji Żydów Marokańskich podpisaną przez Prezydenta Izraela Szymona Peresa, Naczelnego Rabina Izrael – Meira Lau, oraz byłego Przewodniczącego Sądu Najwyższego Izraela – Aharona Baraka, otrzymałem „Krzyż za Wybitne Zasługi” od Związku Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych więźniów Politycznych, odznaczenia okolicznościowe z rąk Ehuda Baraka – byłego premiera Izraela, naczelnego dowódcy Izraelskich Sił Zbrojnych, generała Romana Jagiela – byłego szefa Izraelskiego oddziału Interpolu, szefa Izraelskiej Policji Granicznej, Prezydenta Moskwy, oraz wielu innych.
Jak się czuje jako nie-Żyd w Izraelu?
– W Izraelu powszechnie wszystkim wiadomo, że jestem biznesmenem z Polski który zainwestował w jedną z największych izraelskich firm, urodzonym w ultra-katolickim kraju w dysydenckiej rodzinie, gdzie ojciec był ultra-protestanckim pastorem a matka  pod koniec swojego życia otrzymała izraelskie obywatelstwo, i została pochowana w Izraelu jako Żydówka. Mój unikalny status daje mi poczucie całkowitej akceptacji w tym szczególnym kraju – w środowiskach biznesu, przedstawicieli armii, urzędników rządowych, ocalonych z Holokaustu, czy też religijnych rabinów. Od wielu lat Ewangeliczni Chrześcijanie traktowani są w Izraelu z największym szacunkiem jako jedyna grupa konsekwentnie wspierająca Izrael na przestrzeni całej powojennej historii.
 
Rodzina?
– Pod względem rodzinnym los był mi bardzo łaskawy. Mam wspaniałą rodzinę. Cudowną i kochającą mnie żonę, która zawsze mnie wspiera. Nie ma takiej drugiej Bożeny na Świecie!!! Mam fantastyczne dzieci. Jako rodzina – całe życie jesteśmy razem.
Gdy się przedawnia zarzuty – czy pan wróci? co chciałby Pan robić?
– Tej Polski mojej przeszłości do której mógłbym jeszcze tęsknić już nie ma. Jest nowa Polska która powstała po moim wyjeździe – której nie znam. A której poznać już chyba nie chcę.
Reklama Art-B
 http://wyborcza.pl/duzyformat/1,133132,14290270,Andrzej_Gasiorowski__Zycie_po_Art_B.html
________________________________________________________________________

 

Categories: Interview

Tagged as: , ,