Druga strona medalu

Książki

Sąd: bez listu żelaznego dla A. Gąsiorowskiego

 

 

Były współwłaściciel spółki Art-B Andrzej Gąsiorowski, ścigany przez Polskę międzynarodowym listem gończym  nie dostanie od sądu listu żelaznego. Decyzja jest ostateczna. 

16.01.2011

List dawałby mieszkającemu od ponad 20 lat w Izraelowi bohaterowi jednej z najgłośniejszych afer III RP gwarancję, że nie zostałby aresztowany, jeśli przyjechałby do kraju.

W poniedziałek rzecznik Sądu Okręgowego Warszawie Wojciech Małek powiedział, że sąd postanowił nie uwzględnić wniosku adwokata o taki list. Nie podał żadnego uzasadnienia tej decyzji. Nie przysługuje od niej odwołanie.

W 2011 r. mec. Wojciech Koncewicz wystąpił o list żelazny, by zapewnić Gąsiorowskiemu możliwość odpowiadania w Polsce z wolnej stopy. Obrońca ubiega się o umorzenie śledztwa, bo twierdzi, że nastąpiło już przedawnienie karalności większości zarzucanych mu czynów. Prokuratura Okręgowa w Warszawie uważa, że najważniejszy zarzut: oszustwa wobec polskich banków na ponad 4 biliony starych zł przedawnia się dopiero w 2016 r.

Podczas poniedziałkowego posiedzenia mec. Koncewicz argumentował przed sądem, że jego wniosek jest zasadny, skoro procedura zapewnia podejrzanemu czynny udział w postępowaniu. Mówił, że Izrael nie wydał Gąsiorowskiego Polsce jako swego obywatela i jedynie jego przyjazd do kraju na podstawie listu żelaznego „mógłby popchnąć do przodu” zawieszone śledztwo w jego sprawie.

Prokurator był przeciwny wnioskowi, bo „niezasadna byłaby gratyfikacja dla kogoś, kto ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości i utrudniał postępowanie” oraz „z bezpiecznego dystansu obserwował sytuację śledczą, w której część zarzutów już się przedawniła”. Koncewicz replikował, że Gąsiorowski nie utrudniał śledztwa, bo składał obszerne wyjaśnienia w Ambasadzie RP w Izraelu.

Adwokat powiedział, że Gąsiorowski chce też brać udział w nadal trwającym postępowaniu likwidacyjnym Art-B, co do którego ma wątpliwości.

Obrazy Art-B

Napisane w Obrazy. Tagi: . Zostaw Komentarz »

Uciekinier

produkcja: Tomasz Rudomino & Anna Kwiatkowska

Polsat (1995)

Napisane w Wideo. Tagi: . Zostaw Komentarz »

Gazeta Wrocławska – Wywiad z Andrzejem Gąsiorowskim

Marcin Rybak (30.09.2011)

Wywiad z Andrzejem Gąsiorowskim

Gazeta Wrocławska: Czym była firma Art B?

Andrzej Gąsiorowski: Pod koniec 1990 roku, a więc już w drugim roku swojej działalności – firma Art B posiadała majątek wartości 120 milionów dolarów USA.. Wypracowywała 30 milionów dolarów zysku netto. Zapłaciliśmy 12 milionów dolarów podatku dochodowego. Firma była podzielona na jedenaście doskonale zorganizowanych kadrowo i strukturalnie niezależnych departamentów. Zatrudnialiśmy setki najwyższej klasy fachowców i menadżerów.  W maju 1991 Art B zapłaciło fabryce ‘Ursus’ 35 milionów dolarów za 6 tys. sztuk ciągników, ratując potęzny zakład od bankructwa. Przekazane pieniadze pokryły zaległe wypłaty pensjji dla kilkudziesięciu tysięcy pracowników “Ursusa’.

W dniu mojego wyjazdu z Polski czyli w sierpniu 1991 spółka Art B miała długoterminowe lokaty bankowe (w tym 65 milionów USD w banku PKO BP. Byly listy gwarancyjne (w tym 280 mln USD z PKO BP), fundusze powiernicze. Różni kontrachenci byli nam winni setki milionów dolarów. Nadwyżki gotówki na lokatach bankowych to w przeliczeniu 380 milionów USD). Większościowe udziały w w 125 firmach w kraju. Do tego setki firm za granicą. Zatrudniające klilkanaście tysięcy pracowników. W firmie pozostało na stanie ponad 100 tys. magnetowidów, 60 tys. telewizorów, 13 tys. lodówek, 7 tys traktorów ‘Ursus’, kilkanaście doskonale funkcjonujących zakładów przemysłowych, kilkanaście samolotów i  helikopterów, setki samochodów, 17 nowocześnie wyposażonych biura w całym kraju, setki hektarów nieruchości.

GW:   Skąd w tak krótkim czasie udało się Wam osiągnąć tak wielki biznesowy sukces? I czy to na pewno sukces?

AG: W tym czasie w Polsce wprowadzono oprocentowanie na lokatach w walucie krajowej w wysokości 30% na miesiąc (czyli ponad kilkaset procent w skali roku). Oprocentowanie w walucie obcej pozostało na normalnym poziomie rynków światowych (6-8% rocznie). Po zamianie 1 mill USD na złotówki, ulokowaniu ich na roczniej lokacie w polskim banku, można było uruchomić akredytywę w wysokości ponad 6 mill USD z terminem płatności za rok, potwierdzoną w banku amerykańskim na dostawę towaru z Korei. Po miesiącu towar z Korei docierał do Polski. Sprzedano go po cenie dumpingowej za 5 mill USD. Uzyskane środki w trzecim miesiącu zdeponowano na roczną lokatę, która pozwoliła na uruchomienie akredytywy w wysokości 30 mill USD za towar z Korei. Tym sposobem w ciągu dwunastu miesięcy możliwym było uruchomienie importu na pułapie 300 milionów dolarów, sprzedając towar po cenach znacznie niższych niż ich wartość rynkowa, by uzyskać maksymalnie szybki obrót kapitałem. W tym czasie Art-B spowadziło z samego Goldstara ponad 300 tys telewizorów, 500 tys wideo, kilkaset tysiecy kuchenek mikrofalowych, lodowek, kamer. Ich sprzedażą w kraju zajmowało się ponad 200 firm stworzonych przez Art-B. Taki był początek. Później Art-B prowadziła rozległe operacje handlowe oraz finansowe. Niektóre, z nich przynosiły zyski przekraczające tysiąc procent w skali roku.

GW:   Materiały, które znaleźć można w dokumentach sądowych spółki Art B., wskazują, że zostawiliście w Polsce firmy  pozbawione majątku i gotówki. Na koniec sierpnia 1991 – czyli już po wyjeździe z Polski Pana i Pana wspólnika – spółce wyliczono 142 miliardy starych złotych strat.  W 1990 roku wspólnicy Art B. uchwalili podniesienie kapitałów spółki o 120 miliardów ówczesnych złotych. Firma „na papierze” rzeczywiście wyglądała imponująco. Ale pieniądze – a wiemy to z lektury sądowych dokumentów – nigdy nie zostały wpłacone.

AG: Jak wynika z akt sądowych nasz wyjazd z kraju i przekazanie Art-B nastąpiła w sierpniu 1991. Bilans otwarcia likwidacji Art-B został zatwierdzony dopiery w połowie 1993 roku. Dokumenty na podstawie których można by było zrobić bilans Art-B zabezpieczyła prokuratura i  służby specjalne. Proces ich zwracania nowym zarządcom spółki trwał kilka lat. We wszystkie posunięcia gospodarcze nowego zarządu Art-B ingerował nieformalny komitet nie mający żadnego prawnego umocowania, składający się z przedstawicieli rządu, NBP, BHK, służb specjalnych, prokuratury i ministerstwa finansów pod kierownictwem prokuratora Kazimierza Radomskiego, oraz ówczesnego wiceministra finansów Stefana Kawalca. Żaden przepis kodeksu cywilnego, karnego, czy też bankowego nie przewidywał utworzenia takiego tworu.

Tak więc najpierw liczeniem majątku Art B zajęła się prokuratura. Pracujący na jej potrzeby biegli nie rozliczyli Art B do 1 sierpnia 1991 r. czyli do dnia mojego wyjazdu, ale za cały 1991 r. Dokonali ekspertyzy, z której jednoznacznie wynikało, że w 1991 r. spółka wykazała stratę 1.576 mld zł (157 mill USD). Jej podstawowym nośnikiem były … odsetki naliczone za debet Art-B przez nowego właściciela Art-B – przez Bank Handlowo Kredytowy na rzecz samego siebie w kwocie 1.528 mld (150 mill USD). Innymi słowy: BHK posiadało całość Art-B, ale naliczało karne odsetki za cały debet jaki Art-B była winna do BHK. I tą kwotę zapisano jako ‘strata’. Aktywa Art-B oceniono na 3,850 mld zł (380 mill USD).

Ze sporządzeniem bilansu Art B miał kłopoty także likwidator. Choć decyzję o likwidacji Art B podjęto 4 stycznia 1992 r. dopiero w połowie czerwca ogłoszono, że został sporządzony tzw bilans otwarcia – zamknięcia. Rzecznik likwidatora przyznał, że ten bilans sporządzono na podstawie ok 30 – 40 proc dokumentów finansowych spółki.

Jeszcze inne wyliczenie strat i zysków z Art B przedstawili biegli rewidenci z niezależnego przedsiębiorstwa usługowego „Rawika”, w 1993 r. Korzystny dla spółki, raport z badania sprawozdania finansowego firmy w ogóle nie został wzięty pod uwagę gdyż … był nie w smak prokuratorowi Kazimierzowi Radomskiemu. W grudniu 1993 r. w oficjalnym piśmie do likwidatora Art-B Jerzego Cyrana nakazał „skorygowanie raportu”. Cóż tak zaniepokoiło prokuratora? Biegli rewidenci stwierdzili, że „nie wyjaśniono nadwyżek w kwocie 3,7 bln zł (370 mill USD) powstałych na rachunkach bankowych jednostek spółki”, oraz że „nie wyjaśniono również wykazanego w sprawozdaniu niedoboru w kwocie 3,8 bln zł (380 mill USD) powstałego w wyniku rachunku przedstawionego przez BHK w Katowicach”. Ponadto stwierdzono brak dużej części ksiąg finansowych Art-B.

O ile rewidenci, dysponujący wiedzą ekonomiczną i finansową, po analizie dokumentów spółki mieli wątpliwości, o tyle specjalista od prawa karnego prokurator Radomski ich nie miał. Autorytatywnie stwierdził, że: „Uznanie kwoty 3,7 bln (370 mill USD) za nadwyżkę jest błędne. Nakazał likwidatorowi Cyranowi „Zobligowanie PU „Rawika” do odpowiedniej merytorycznej korekty raportu z badania sprawozdania finansowego spółki za rok 1991 r. i przekazanie Prokuraturze wyniku przeprowadzonych prac”. Z tytułu pisma wynika, że ocena raportu ma zostać sporządzona „dla potrzeb śledztwa”. Zaproponowany przez rewidentów sposób rozliczenia Art B i skorygowania jego bilansu tym potrzebom nie odpowiadał. Pytania likwidatora wynikające z wniosków biegłych rewidentów prokurator uznał za “nietaktowne i nie zasługujące na merytoryczną odpowiedź.”

Rodzi się tu proste pytanie – czy bilans miał pasować do koncepcji śledztwa w sprawie Art-B, czy śledztwo powinno być podporządkowane koncepcji ekonomicznej wynikającej z bilansu

GW:  Jednak wówczas – zaraz po Waszym wyjeździe z Polski – traktowano Art B. jak firmę prowadzoną przez oszustów. Największym przestępstwem miało być wyprowadzenie z bankowego systemu gigantycznych pieniedzy. A sposób na ów megaprzekret to tzw. oscylator. Mieliście znaleźć lukę w ówczesnym systemie bankowym. Dzięki niej ta sama kwota pieniędzy przez krótki czas znajdowała się na różnych rachunkach w różnych bankach i we wszystkich  w tym samym czasie dopisywane były do niej odsetki.  Przy operacjach na kwotach, jakie Pani wymienił, były to gigantyczne pieniądzach.

AG: W czerwcu 1991 na łamach ‘Gazety Bankowej’ ujawniłem publicznie dokładny mechanizm oraz istotę funkcjonowania ‘Oscylatora’.  Żadna z zainteresowanych tą tematyką stron, w tym prokuratura, bankowcy, prawnicy nie wnosili wtedy jakichkolwiek zastrzeżeń co do legalności tej operacji. W czerwcu 1991 na żądanie Macieja Zalewskiego – ówczesnego Sekretarza Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Lecha Wałęsy – przekazałem całość materiału operacyjnego dotyczącego koncepcji i istoty działania ‘Oscylatora’. Według oświadczeń samego Macieja Zalewskiego – całość materiału została przedstawiona do zatwierdzenia kierownictwu partii PC (Porozumiena Centrum) – Jarosławowi i Lechowi Kaczyńskiemu. Po zapoznaniu sie z materiałami nie tylko nie zgłoszono żadnych zastrzeżeń co do legalności działania ‘Oscylatora’, lecz wręcz zaproponowano mi finansowanie partii PC poprzez spółkę ‘Telegraf’ z wykorzystaniem środkow wygenerowanych właśnie za pomocą mechanizmu wielokrotnego oprocentowania przy pomocy ‘Oscylatora’.

GW: Dziś te rewelacje są trudne do rzetelnej weryfikacji. Niezależnie jednak od tego czy to prawda czy nie i czy są na to dowody to trudno uznać Lecha i Jarosława Kaczyńskich za autorytety w sprawach skomplikowanych operacji finansowych. Ś.P. prof. Lech Kaczyński był specjalistą od prawa pracy. A Jarosław Kaczyński jeszcze niedawno mówił w wywiadach, że nie ma swojego prywatnego konta w banku.

AG: Wręcz przeciwnie. Nie są to żadne rewelacje, i wcale nietrudne do rzetelnej weryfikacji. Swoją wiedzę czerpię z jaknajbardziej jawnych i wiarygodnych źródeł – z osobistych wypowiedzi samego Macieja Zalewskiego oraz ś.p. Lecha i Jarosława Kaczyńskiego. Wywiad Zalewskiego z Anną Bikont i Jerzym Jachiczem czytało na łamach ‘Gazety Wyborzcej’ milony polskich czytelników. Ponadto w styczniu 1992 Zalewski przedstawił Sejmowi RP na ręce Pana Marszałka Wiesława Chrzanowskiego i Pani Olgi Krzyżanowskiej komplet pism zawierających obszerne informacje o faktach opisanych powyżej celem zapoznania się z ich treścią przez WSZYSTKICH posłów, włączając w to ś.p. Lecha i Jarosława Kaczyńskiego, jak również ówczesnego wodza narodu polskiego – laureata Nagrody Nobla – prezydenta Lecha Walęsę. Jarosław Kaczyński, doktor prawa – twiedzi iż jest nie tylko doskonałym ekspertem w bardziej skomplikowanych finansowo kwestiach wejścia Polski do strefy Euro, ale że jest najbardziej kompetentną osobą w kraju do zarządzania całą gospodarką narodową jako premier, czy też kandydat na prezydenta. Ś.p. Lech Kaczyński, prawnik, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Gdańskiego, to były prezes Najwyższej Izby Kontroli, były minister sprawiedliwości i prokurator generalny RP, były prezydent RP… Posądzanie ich o brak jakichkolwiek intelektualnych zdolności do stwierdzenia zasady legalności jednej prostej operacji finansowej  jaką był ‘Oscylator’ byłoby głębokim nietaktem zarówno w stosunku do nich samych, jak i do wielomilionowej rzeszy darzących ich bezgranicznym zaufaniem wyborców.

GW: Czyli – Pana zdaniem – „oscylator” był zgodny z prawem?

 AG: W 1992 roku działając pod presją Kancelarii Prezydenta RP, prokurator postawł mi zarzut ‘wyłudzenia z systemu bankowego’ za pomocą ‘Oscylatora’ równowartość ponad 400 milionów dolarów. Pzekomo naraziłem tenże „system bankowy” na stratę. Nie jakikolwiek konkretny bank – ale ‘system bankowy’. Według polskiego prawa ‘system bankowy’ nie posiada osobowości prawnej, więc nie może być narażony na stratę. Poza tym do dziś ani jeden bank, wliczając w to NBP, nie wniosł jakichkolwiek roszczeń w stosunku do poniesionych strat. Choć w rzeczywistości zysk osiągnięty z ‘Oscylatora’ wynosił tylko 10 milionów USD. Wszystkie ekspertyzy dokonane na zlecenie prokuratora zawarte w materiale dowodowym jednoznacznie stwierdzały, iż ‘Oscylator’ nie jest operacją sprzeczną z istniejącym prawem.

GW: Prokuratura ściga jednak Pana nie tylko za „oscylator”…..

AG: Postawiono mi zarzut o czyn z art. 203 dawnego kodeksu karnego. Miałem, jako wiceprezes spółki Art. B i jej współwłaściciel, narazić własną firmę na straty w wartości kilkudziesięciu milionów złotych. Pieniądze, o których przywłaszczenie jestem oskarżony, de facto wiele lat temu zostały zwrócone poprzez Art-B do Skarbu Państwa. Poza tym w sierpniu 2011 roku czyn ten już nie jest już przestepstwem bo zmieniły się przepisy karne. Ten zarzut prokuratura powinna więc umorzyć.  Tymczasem wciąż ścigają mnie międzynarodowym listem gończym. Jednym z kolejnych zarzutów była operacja zakupu dużej ilości wartościowych obrazów po rzekomo zawyżonej cenie. A przecież zakupu obrazów  dokonano na publicznej aukcji za niecałe 6 milionów dolarów, przy aktywnym udziale innych konkurentów. Próbowali kupić te same obrazy proponując podobne ceny. Wiele lat później ceny obrazów wzrosły. Niespieniężona część kolekcji znajduje się w Muzeum Narodowym. Zarzut rzekomego popełnienia przestępstwa pozostał do dziś.

GW: Gdyby sąd i prokuratura pozwoliły Panu przyjechać do Polski czy prowadziłby Pan u nas jakąś firmę? W jakiej branży?

AG:  Póki co pozostaje kwestja rozliczenia likwidacji Art-B i ewentualnego pociągnięcia do odpowiedzialności osób lub instytucji za narażenie spółki na straty wielkiej wartości. Dwadzieścia lat temu podpisaliśmy z Bogusławem Bagsikiem umowę zastawną z Bankiem Handlowo Kredytowym Należące do nas akcje firmy Art-B zostały przekazane temu bankowi w zastaw na poczet spłat długów spółki w stosunku do banku. To zadłużenie wynosiło wtedy równowartość 420 milionów dolarów. Po dokonaniu takiej spłaty, akcje firmy Art-B automatycznie powinny zostać przekazane jej pierwotnym właścicielom, czyli Bogusławowi Bagsikowi oraz mnie. Wraz z nadwyżką gotówki i innych aktywów. Bank Handlowo–Kredytowy, dodajmy, dawno zlikwidowano. Jego nowym właścicielem został Narodowy Bank Polski.

GW: Skoro Art B. byla w tak fantastycznej kondycji to dlaczego Bank Handlowo – Kredytowy upadł?  Panuje powszechne przekonanie, ze to właśnie pod ciężarem Waszych (czyli spółki Art B) – długów.

AG: Tak. To prawda. Panuje takie powszechne przekonanie. Jest to wynikiem konsektwentnej kampanii kłamstw i dezinformacji na łamach polskich mediów ze strony likwidatorów Art-B, wspomagane inspiracją członków owego nieformalnego komitetu do spraw Art-B. Likwidator Cyran tradycyjnie w sądach składa, i to w dodatku pod przysięgą tego typu oświadczenia, iż zarówno Art-B, jak i Bank Handlowo Kredytowy został doprowadony do ruiny i bankructwa. W rzeczywistości po naszym wyjeździe Bank Handlowo Kredytowy otrzymał od NBP kredyt refinansowy, następnie jego akcje zostały przejęte przez NBP, a sam bank został poddany likwidacji przez NBP. Jego głównym i jedynym majątkiem stały się akcje firmy Art-B. Bank BHK był już trupem zanim Art-B wprowadziło tam swoje operacje. Również nigdy nie ogłoszono upadłości firmy Art-B. Zostało wszczęte postępowanie likwidacyjne Art-B, które trwa już ponad 20 lat.

GW: Czy Pana zdaniem, całe zadłużenie Art B. zostało już spłacone?

AG: W 1992 roku rozpoczęto likwidację spółki Art-B. Nasza firma działała dwa lata a jej likwidacja trwa już dwadzieścia, z perspektywą na dalsze dziesięciolecia.  Cały zespół likwidatorów – w ciągu minionych dwudziestu lat – konsekwentnie wykazywał się minimalizmem w działaniu, dbając jedynie o zabezpieczenia sobie nieograniczonego źródła osobistych dochodów. Na przykład poprzez udzielanie sobie potężnych pożyczek z majątku spółki. Głównym ich działaniem było wykazywanie ogromnych strat firmy. Tymczasem likwidatorzy, przez swoje ewidentne zaniedbania i nonszalancję, wielokrotnie zmarnowali możliwość odzyskania kilkuset milionów złotych, narażając w ten sposób Skarb Państwa na ogromne straty. Można odnieść wrażenie, że odczuwali coś w rodzaju moralnego immunitetu. Jako likwidatorzy „zagrabionego społeczeństwu” majątku.

GW: Tymczasem likwidator Art B. mówi nam – choćby o tym, ze od lat toczy się w Izraelu proces, w którym styara się odzyskać dla spółki 43, 3 mln dolarów. Czy – Pana zdaniem – te pieniądze Art B. się należą? I czy jest szansa na ich szybkie odzyskanie?

AG: Likwidator Art-B starający się odzyskać 43 mln? Chyba chodzi tu o sprawę związaną z firmą PAZ. Firma PAZ to strategiczne przedsiębiorstwo naftowe Izraela z rocznym obrotem ponad 1 mld USD, kontrolujące ok. 60% izraelskiego rynku paliwowego. W marcu 1991 za 85 mill USD za pieniędze Art-B zakupiono (Bagsik i Gąsiorowski) pakiet 50% akcji firmy PAZ. Po wybuchu tzw. ‘afery’ Art-B, adwokat Elyahu Miron – pełnomocnik rodziny Libermanów, izraelskich właścicieli Pazu spotkał się w marcu 1992 r. z przedstawicielami polskiego ministerstwa finansów, NBP, prokuratury BHK w likwidacji i Art B, z propozycją aby Art-B podjęło decyzję o skierowaniu do sądu w Izraelu pozwu przeciwko Bagsikowi i Gąsiorowskiemu o zwrot kwoty zapłaconej za akcje PAZu. Uczestnicy konwentylku ustalili też, że Art B będzie reprezentował….. adwokat Eliahu Miron. Jego wynagrodzenie miało wynieść 15 proc od odzyskanych dla likwidatora pieniędzy. W sierpniu 1993 Bagsik i Gąsiorowski skierowali na ręce Dyrektora Departamentu Prawnego NBP Janusza Krzyżewskiego propozycję przekazania pakietu akcji PAZ w powiernictwo NBP, celem zabezpieczenia spłaty naszych ewentualnych zobowiązań z zysków jakie osiągała firma PAZ. Podobne pismo skierowaliśmy we wrześniu 1993 do prezydenta Lecha Wałęsy. W odpowiedzi pismem z pażdziernika 1993 Sławomir Michalak, Dyrektor Gabinetu Prezesa NBP, w imieniu Prezes Hanny Gronkiewicz-Walz oznajmił, iż za wiedzą NBP firma Art-B zawarła już wcześniej umowę z Libermanem na mocy której Art-B po ewentualne wygranej w procesie zobowiązało się do odsprzedaży akcji PAZ za jedyne 75 mill USD, odzucając naszą propozycję. Likwidator Art-B podpisując tego typu umowę nie przeprowadził żadnego audytu firmy PAZ. W tym czasie realna wartość akcji tej firmy wynosiła już 600 mill USD. W styczniu 1996 podpisaliśmy porozumienie ugodowe, na mocy którego w wyniku sprzedaży Libermanom akcji PAZu kwota 75 mill USD + 5 mill USD odsetek została przekazana przez Art-B do NBP. Liberman po zakupie naszych akcji, odsprzedał natychmiast pakiet 30% za 100 mill USD.

Przy akceptacji NBP, została podpisana umowa u mojej współpracy z Art-B, na mocy ktorej ja oraz Meir Bar zobowiązałem się przekazać całość informacji dotyczących podmiotów lub osób bedących w posiadaniu środków z majątku Art-B które nie zostały zwrócone do firmy. Wart-B zobowiązało się do wszczęcia procesów przeciw wskaznym dłużnikom Art-B, oraz do przekazania nam (ja + Meir Bar) 50% odzyskanych w wyniku procesów sum. Bagsik, przybywający w tym czasie w areszcie w Zurichu, odmówił współudziału.

Zgodnie z umową przekazałem dokumentację potwierdzającą jednoznacznie fakt oszukania Art-B oraz NBP przez…… właścicieli PAZu. Na bazie tych dokumentów likwidator Art-B w 1997 wystąpił na drogę prawną z roszczeniami przeciwko Libermanom – właścicielom PAZu o kwotę 16 mill USD. Ustalono też, że Art B za 15% honorarium od odzyskanych kwot będzie reprezentował….. adwokat Miron. W wyniku wieloletniego procesu w zeszłym roku właściciele PAZu zostali skazani na zapłacenie tej kwotu. Obecnie toczy się rozprawa w kwestii wyliczenia realnej sumy do zapłaty z uwzględnieniem odsetek za wszystkie lata, plus koszty procesu, jak się przypuszcza w całości około 43 mill USD. Sprawa może potrwać jeszcze kilka lat. Podobnie jak likwidacja Art-B.

Dziś wartość PAZu wynosi ponad 1 miliard USD. Dzięki tej transakcji z likwidatorem Art-B właściciel Pazu stał się jednym z najbogatszych ludzi w Izraelu. A polski Skarb Państwa stracił ponad 500 mill USD.

Gąsiorowski wystąpił o list żelazny

Gąsiorowski wystąpił o list żelazny

Paweł Szaniawski (26.09.2011)

Andrzej Gąsiorowski, poszukiwany międzynarodowym listem gończym były szef Art-B, wystąpił o list żelazny – dowiedział się serwis Newsweek.pl.

Pod koniec września mec. Wojciech Koncewicz skierował do warszawskiej prokuratury okręgowej wniosek o wydanie listu żelaznego dla przebywającego w Izraelu Gąsiorowskiego, bohatera jednej z najgłośniejszych afer III RP. „Przed wydaniem postanowienia o wydaniu podejrzanemu Andrzejowi Gąsiorowskiemu listu żelaznego wnoszę o uchylenie postanowienia o tymczasowym aresztowaniu i poszukiwaniu podejrzanego międzynarodowym listem gończym” – czytamy w dokumencie, do którego dotarł Newsweek.pl.

- W interesie wymiaru sprawiedliwości jest zapewnienie podejrzanemu możliwości udziału w postępowaniu, co jest możliwe w przypadku zagwarantowania Andrzejowi Gąsiorowskiemu odpowiadania z wolnej stopy – wyjaśnia mec. Koncewicz.

W lutym „Newsweek” ujawnił, że Gąsiorowski ubiega się o umorzenie postępowania karnego. Koncewicz argumentował, że czyny jego klienta przedawniły się już pięć lat temu, zatem powinien bez przeszkód wrócić do kraju jako wolny człowiek. Prokuratorzy jednak odmówili, bo inaczej liczą terminy przedawnienia i ich zdaniem większość przestępstw popełnionych przez Gąsiorowskiego przedawni się dopiero w 2016 roku.

Pewne jest, że przedawnienie wobec Gąsiorowskiego biegnie od 1991 roku, kiedy wyjechał z kraju razem ze wspólnikiem Bogusławem Bagsikiem.

Już lutym Koncewicz zapowiadał w rozmowie z „Newsweekiem”, że jest gotów na batalię sądową, nawet w Strasburgu. Teraz – jak dowiaduje się Newsweek.pl – obrońca Gąsiorowskiego faktycznie zdecydował się na skierowanie skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Napisane w news. Tagi: , . Komentowanie nie jest możliwe

Kapitalizm po polsku

Kapitalizm po polsku

Marcin Gawęda (29.07.2011)

Genialny pomysł, pomoc służb specjalnych czy proste oszustwo. 20 lat temu było o nich głośno. Art-B to do dziś przykład dzikiego kapitalizmu po polsku. Jak zarabiało się w Polsce miliony, jak działał mechanizm słynnego oscylatora?

Mija właśnie 20 lat od wybuchu jednej z najgłośniejszych afer gospodarczych III RP. Afera Art-B stała się symbolem swoich czasów. Gdzieś między starym ustrojem, a rodzącym się w bólach wolnym rynkiem powstał mechanizm oszustwa. Dziś byłoby to nie do pomyślenia.

Początek transformacji w Polsce to okres burzliwy. Rodzące się fortuny i historie dramatycznych upadków, rosnące bezrobocie i hiperinflacja. Nie wszystko w Polsce odbywało się bez zgrzytów. Spoglądając wstecz do początków lat 90. nie sposób pominąć takie przypadki jak Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, kwestię majątku dawnego PZPR czy aferę Art-B. W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia przypada 20 rocznica ucieczki z Polski dwóch pomysłodawców spółki, która przeszła do historii budowania się polskiego kapitalizmu.

Działali dość krótko, spółka powstała w 1989 roku i dość szybko zaczęła przynosić zyski. Czasy były ciężkie, wiedza o tym jak działa kapitalizm może i była przydatna, ale nie w polskich warunkach. Wszyscy uczyli się na bieżąco i na żywym organizmie. Początkowo kapitalizm funkcjonował tylko z nazwy. Kto miał głowę na karku otwierał biznes. Od łóżka polowego i bazarowej „szczęki” tworzyły się fortuny. Tak przynajmniej głosi jedna z legend. Inne mówią, że pierwszy milion trzeba było ukraść, że trzeba było mieć układy. Nasz kapitalizm w swoich początkach trudno określić jako biały czy czarny, był po prostu szary, tak jak sprawa Art-B.

Wirtuozi biznesu?

Podobno obu bohaterów połączyło zamiłowanie do muzyki, stąd też nazwa Art-B, to skrót od artyści biznesu. Patrząc z perspektywy 20 lat można powiedzieć, że byli oni prawdziwymi wirtuozami.

- Wzięliśmy pierwszy kredyt i zdeponowaliśmy go na lokacie. Może się to wydawać dziwne, ale w ten sposób zamieniliśmy hipotekę albo papier wartościowy na gotówkę. Straciliśmy tu 2 proc., bo lokata jest zawsze tańsza niż kredyt – wspomina Andrzej Gąsiorowski, w rozmowie z Jerzym Diatłowickim, która ukazała się w formie książkowej pt. „Bagsik & Gąsiorowski: jak kradliśmy Księżyc”.

Od wspomnianej lokaty zaczynał się mechanizm budowania większego kapitału. Na jej podstawie bank wystawiał spółce list kredytowy, będący poręczeniem.

– Ja wpłacam w tym banku pieniądze, a w innym banku mi uznają, że ten pierwszy zapłaci temu drugiemu za 120 czy za 180 dni, według umowy – wyjaśnia we wspomnianej rozmowie Gąsiorowski.

Na podstawie listu kredytowego Art-B brało towar od dostawców i producentów. W tamtym okresie i przy panującej hiperinflacji, racjonalnie myślący człowiek starał się jak najszybciej kupić jak najwięcej. Zarobione pieniądze błyskawicznie traciły na wartości. W tym schemacie odnalazła się Art-B, która zajęła się sprowadzaniem i sprzedażą towarów dających z miejsca 100 proc. zysku. Bagsik i Gąsiorowski szybko otworzyli montownię telewizorów w Wałbrzychu. Wraz z rosnącym kapitałem spółki poszerzała ona swoje podboje. W niedługim czasie zdołała ona zdobyć pozycję lidera na polskim rynku mleczarskim. Art-B przejmowała upadające firmy i przedsiębiorstwa. W niektórych okolicznościach spółka Bagsika i Gąsiorowskiego wyciągała pomocną dłoń do przedsiębiorstw państwowych. Ratując z opałów finansowych PZU czy Ursusa. Oczywiście nie było to działania bezinteresowne. Po pierwsze budowano w ten sposób coś, co dziś nazwalibyśmy PR-em spółki. Po drugie dawało spółce przychylność władz.

Art-B rozwijała się w zawrotnym tempie, obracając milionami dolarów. Ile dokładnie tego było można jedynie się domyślać. Sam Gąsiorowski twierdził, że gdyby firmę zamknąć i sprzedać byłaby warta 50 mln dolarów. Jednak szybkie budowanie kapitału firmy i jej ekspansja, nie były jedyną drogą wiodącą do prawdziwych pieniędzy. Art-B wypracowało inny mechanizm, pozwalający na szybki zysk. Tym mechanizmem był oscylator ekonomiczny, mechanizm polegający na wielokrotnym oprocentowaniu kapitału.

Jak działał oscylator?

- Żeby zrozumieć mechanizm z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku spółki Art-B, trzeba zrozumieć jak działały w tym okresie czeki gwarantowane. Kiedy funkcjonował tylko Narodowy Bank Polski, kwestia czeków była pod kontrolą. Realizowało się czek w jednym oddziale, a po jakimś czasie do oddziału, gdzie było konto wystawiającego docierała informacja, że czek został zrealizowany, co skutkowało tym, że z konta pobierane były wypłacone wcześniej środki. Gdy pojawiły się nowe banki, wystawianie czeków stało się bardziej ryzykowne. Zaczęły wtedy funkcjonować tzw. czeki gwarantowane, za które odpowiedzialność ponosił bank, który prowadził rachunek klienta. Bank gwarantował, że czek ma pokrycie. W przypadku Art-B okazało się, że wystawiano czeki, które nie miały pokrycia. W ogromnych ilościach wystawiał je Bank Handlowo – Kredytowy w Katowicach – mówi Artur Strużyński, członek zarządu Bank of Tokyo-Mitsubishi UFJ, na początku lat 90. zastępca dyrektora departamentu operacyjno – rachunkowego w NBP.

- W dużym skrócie mechanizm można opisać w ten sposób. Art-B realizując czeki, otrzymywało pieniądze, a środki jeszcze nie spłynęły z konta. Innymi słowy była to forma kredytu. Środki, które wcześniej wypłacono, deponowano na lokatach, które w tamtych latach ze względu na ogromną inflację były bardzo wysoko oprocentowane. To właśnie to oprocentowanie stanowiło zysk. Gdyby za wystawianymi czekami szły realne pieniądze, problemu by nie było. Jednak BHK wystawiał je bez opamiętania i bez pokrycia. Powstała w ten sposób prawdziwa piramida finansowa, system wcześniej czy później musiał runąć. Wystarczyło, żeby choć raz nie zrealizowano czeku – wyjaśnia Artur Strużyński.

- Nie tylko Art-B starało się zyskiwać we wspomniany sposób. Takich przedsiębiorstw było więcej, próbowano używać wspomnianego mechanizmu nawet po zdemaskowaniu afery, jednak nigdy na taką skalę – dodaje.

Ile na oscylatorze stracił Skarb Państwa? W trakcie procesu Bogusława Bagsika postawiono mu zarzut przywłaszczenia 400 mln zł, które miał zarobić na oscylatorze. O 420 mln zł mówi się jako o nieoficjalnych stratach, które poniosło NBP, będące jedynym wierzycielem Banku Handlowo – Kredytowego w Katowicach. Wierzytelności po spółce odzyskiwane są do dzisiaj.

Czego nauczyła nas sprawa Art-B? Zdaniem Krzysztofa Pietraszkiewicza, prezesa Związku Banków Polskich, zmieniło się wiele.

- Przede wszystkim przyspieszono pracę nad nowoczesnymi metodami transferu środków. Zmieniono system telekomunikacji. Usprawniono procesy, o których już przed aferą wiedziano było, że nie działają najlepiej. Sama sprawa funkcjonowania oscylatora wprowadzonego przez Art-B, działa się na przestrzeni kilku miesięcy a nie lat – wyjaśnia prezes Związku Banków Polskich.

Skąd wzięło się Art-B, kto pomagał biznesmenom?

- Sprawa Art-B nie jest jasna jednak wiele wskazywać może na to, że spółka była wspierana przez środowiska związane z izraelskimi służbami specjalnymi. Wskazują na to przynajmniej trzy przesłanki. Po pierwsze obaj panowie posiadali izraelskie obywatelstwo, o które wcale nie jest łatwo. Drugą kwestią jest to, że spółka Art-B brała udział w akcji „Most”, która polegała na przerzuceniu Żydów z terytorium byłego ZSRR do Izraela. To dość zagadkowe, że prywatna firma podejmuje się takiej akcji. Po trzecie, warto zaobserwować, że mechanizm oscylatora, który stosowany przez Art-B, był wykorzystywany w Izraelu w latach 60. – wyjaśnia prof. Antoni Dudek, historyk i politolog.

Akcja „Most” była ogromnym przedsięwzięciem logistycznym. Wraz z pierwszymi symptomami odwilży czasów Gorbaczowa z ZSRR zaczęły wyjeżdżać dziesiątki tysięcy Żydów. W tamtym okresie Polska stanowiła istotny punkt przerzutowy. Dlaczego prywatna firma miałaby brać udział w akcji pod auspicjami służby specjalnych? Zdaniem Jerzego Jachowicza obaj panowie byli zbyt zdolni by służby specjalne pozostały wobec nich obojętne.

- Służby lubią korzystać z takich wolnych elektronów. Tym bardziej, że obaj panowie byli bardzo zdolni. To musiało decydować przy zaangażowaniu Art-B w akcję „Most”. Prawdopodobnie właśnie dzięki zaangażowaniu w tę akcję obaj panowie zdołali odnaleźć się w Izraelu. Obywatelstwo nie musi być przecież przyznane z faktu powinowactwa krwi – wyjaśnia dziennikarz śledczy.

Obaj biznesmeni mieli również mocne zaplecze w polityce. Ich ucieczka w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia nie była przypadkiem. Choć po latach obaj przyznawali, że ostrzegł ich Maciej Zalewski, ówczesny sekretarz Komitetu Obrony Kraju w Kancelarii Prezydenta, to jednak Zalewskiemu nikt tego nie udowodnił.

- Faktem równie interesującym jak funkcjonowanie oscylatora, było to, że działalność Art-B całkowicie rozregulowała rynek dzieł sztuki – dodaje prof. Dudek.

Obaj artyści zasłynęli tym, że na ogromną skalę kupowali dzieła sztuki autorstwa największych malarzy. Dopiero w 2009 roku Narodowy Bank Polski przekazał w depozyt Muzeum Narodowemu w Warszawie kolekcję ponad 30 obrazów i kilkunastu grafik, wcześniej zdobiących ściany pałacu w podwarszawskich Pęcicach. Tym sposobem na widok publiczny wystawione zostały dzieła Picassa, Reniora, Malczewskiego czy Witkacego. Gdyby nie Art-B prawdopodobnie dzieła te zdobiłyby dziś prywatne kolekcje na zachodzie Europy lub w Stanach Zjednoczonych.

Co się z nimi dziś dzieje?

Bagsik swoje już odsiedział. Zatrzymany w Zurychu w 1994, został skazany w 2000 roku. Choć wyrok wynosił 9 lat w 2004 był już na wolności. Raz na jakiś czas, jego nazwisko pojawia się, a to przy okoliczności walk bokserskich Tomasza Adamka, a to przy kontrakcie na kurtki dla polskich pilotów. Ta druga sprawa odbiła się wtedy medialną czkawką. Kurtki dla polskich pilotów – jak wynikało z inspekcji NIK – były zakupione bez przetargu i po znacznie zawyżonej cenie. Ostatecznie sprawę jednak umorzono. Już samo pojawienie się nazwiska Bagsik do dziś elektryzuję media i opinię publiczną, budzi zainteresowanie. Bogusław Bagsik jak sam siebie określił jest lamusem historii i z pewnością na zawsze w niej zostanie.

Drugi z tandemu, Andrzej Gąsiorowski nie został wydany przez Izrael, choć sprawę poruszano wiele razy. Do Polski będzie mógł wrócić już niedługo, kiedy jego sprawa ulegnie przedawnieniu. Już raz było blisko jednak wtedy w 2006 roku, wydłużono sprawę o kolejne lata. Na razie nie zaryzykuje powrotu. Podobno nadal jest wbiznesie i radzi sobie przyzwoicie.

http://biznes.onet.pl/kapitalizm-po-polsku,18497,4807964,1,news-detal

Co zostało po Art B

Polityka

Bagsik i Gąsiorowski 20 lat po wielkiej ucieczce

Joanna Solska (21 lipca 2011)

To była najgłośniejsza afera w Polsce w latach 90. Ostatniego dnia lipca 1991 r. dwaj szefowie Art B, najbogatsi wtedy ludzie w Polsce, wyjechali z kraju.

Bagsik wobec prawa już jest w porządku, swoje odsiedział. Główne zarzuty wobec Gąsiorowskiego – wyłudzenia z systemu bankowego co najmniej 424 mln nowych zł i kradzieży na szkodę Art B 45 mln zł – ulegały przedawnieniu w 2006 r. Na skutek nowelizacji prawa czas przedawnienia poważnych przestępstw gospodarczych przesunięto o kolejne pięć lat. Czyli, w tym przypadku, do końca lipca 2011 r. W sierpniu Andrzej Gąsiorowski mógłby więc przyjechać do Polski bez obaw, że zostanie zatrzymany. Tak jak stało się z Bagsikiem w 1994 r. na lotnisku w Zurychu na skutek listu gończego, jaki władze Polski wysłały za wspólnikami. Gąsiorowski jednak ryzykować nie zamierza.

Art B to miał być skrót od „artyści biznesu”, bo najpierw połączyła ich miłość do muzyki. Bogusław Bagsik, żydowskie dziecko z protestanckiej rodziny, zainteresował się biznesem, żeby zarobić na instrumenty. Stroił cudze oraz występował z zespołem kościoła baptystów. Andrzej Gąsiorowski, początkujący lekarz ginekolog ze szpitala górniczego w Wałbrzychu, grywał w zespołach przy kościołach ewangelickich. Poznali się w Warszawie w 1985 r. na koncercie Cliffa Richarda. Bagsik miał wtedy 23 lata, Gąsiorowski był o kilka lat starszy. W 1988 r. założyli Art B. Miała siedzibę w Cieszynie, gdzie zamieszkali.

Jeszcze nie skończył się PRL, a już zaczęła gospodarka rynkowa, w której „wszystko, co nie było zakazane, było dozwolone”. Art B sprowadzała do kraju każdy towar, który dawał stuprocentowe przebicie. Interes kontenerowy. Najpierw banany z Niemiec, potem elektronikę z Dalekiego Wschodu. Bagsik i Gąsiorowski dużo latali, to wtedy poznał ich Jerzy Dziewulski, wówczas szef brygady antyterrorystycznej na warszawskim Okęciu. – Wkrótce przenieśli firmę do Warszawy – wspomina. – Najpierw do hotelowego pokoju w Holiday Inn, po kilku tygodniach wynajęli już całe piętro w siedzibie Bumaru. Rozwijali się błyskawicznie. Znajomość zamieniła się w przyjaźń, Dziewulski bywał więc częstym gościem także na hucznych przyjęciach, które odbywały się w kupionym przez Art B pałacu w podwarszawskich Pęcicach. Ujęło go to, że choć whisky lała się tam litrami, Bogdan ani Andrzej nigdy nie pili. Do tej pory są abstynentami.

W Pęcicach bywali wszyscy. Marszałek Sejmu, Senatu, ministrowie, posłowie, szefowie banków. Potem, gdy Bagsik zaczął kolekcjonować dzieła sztuki, także marszandzi. Wielu tych polityków i bankierów do dziś pełni eksponowane funkcje publiczne. Pytani o znajomość z szefami Art B, twierdzą, że to pomyłka. Musieli być w Pęcicach przy innej okazji. – Chłopcy chwalili się tymi znajomościami, opowiadali, że ludzie z różnych partii zwracają się do nich po pieniądze – mówi były polityk, więc po co z nazwiska? Także tym, że zatrudniają wielu wiceministrów z czasów PRL i ludzi ze służb, również tych z nowego ustroju. Art B jako pierwsza prywatna spółka dostała koncesję na handel bronią. – Powiedziałem im wtedy, że to niebezpieczna zabawa. Wcześniej czy później musi się źle skończyć – wspomina były polityk.

Kupowali jak leci

Pieniądze, jakimi obracała Art B, mnożyły się w oczach. Można było dostać

zawrotu głowy. Przedsiębiorstwa państwowe padały jak muchy. Firma Bagsika i Gąsiorowskiego jawiła się jako ich jedyny wybawca. Wykupywała jak leci potencjalnych bankrutów. Od PZU, któremu groził zarząd komisaryczny, odkupiła Laktopol (drugim udziałowcem była Agrotechnika), firmę, która zaczęła konsolidować polskie mleczarnie, miała też kontrakty eksportowe na mleko w proszku i laktozę. Według Bagsika, kontrolowała ona 60 proc. rynku mleka. Po co mu mleko? Bo dawało stały i pewny dopływ gotówki. Nabyli zakłady drobiarskie w Karczewie, olejarnie. Już wcześniej otworzyli montownię koreańskich telewizorów Goldstar w Wałbrzychu.

Dla ogółu społeczeństwa 1989 r. i następny to czas kilkusetprocentowej inflacji (w 1989 r. sięgnęła 640 proc., w następnym – 250), co oznaczało niebywałą udrękę życia codziennego. Za wypłatę, którą dostawało się pod koniec miesiąca, po dwóch tygodniach można było kupić ledwie połowę tego co w dniu wypłaty. Starano się więc pieniędzy nie trzymać, ale kupować cokolwiek. Kwitł też handel wymienny, a najcenniejszą walutą były półlitrówki wódki. Ale dla najbardziej przedsiębiorczych obywateli były to czasy, kiedy łatwo i szybko można było zarobić naprawdę wielkie pieniądze. Nie łamiąc prawa. Wystarczyło milion dolarów zamienić na złotówki i ulokować w banku. Po roku za włożony kapitał plus odsetki można już było kupić dwa miliony dolarów. Kurs dolara był sztywny (9,5 tys. zł), złotówka dewaluowała się błyskawicznie. Trzeba jednak było ten pierwszy milion mieć. Niektórzy mieli.

Art B obracała bilionami (były to jeszcze stare pieniądze, w 1994 r. obcięto im cztery zera). Media podawały, że obroty spółki porównywalne są z budżetem państwa. Mając liczne interesy za granicą, spółka transferowała gotówkę poza Polskę. Legalnie. Dziewulski pamięta, że samochody z workami dolarów konwojowała na lotnisko policja, a odprawy celno-dewizowej dokonywano w obecności przedstawiciela Narodowego Banku Polskiego.

Bagsik i Gąsiorowski stali się symbolami rodzącego się kapitalizmu. Ludźmi sukcesu. Gotowi też byli służyć państwu pomocą w rozwiązywaniu problemów społecznych. Na przykład związanych z wiecznymi kłopotami Ursusa, kolebki mazowieckiej Solidarności. To minister przemysłu miał o tę pomoc prosić. W pierwszej połowie 1991 r. Art B ogłosiła, że kupuje roczną produkcję traktorów! Będzie na wypłatę dla ludzi. 20 lat później Bogusław Bagsik powie, że miał to być tylko element umowy, która przewidywała prywatyzację… Orlenu. I że zaawansowane były przygotowania, by Art B weszła na giełdę w Nowym Jorku. Artur Andersen miał wtedy szacować jej wartość na 700 mln dol. Żadnych dowodów na to nie ma.

Trzy przyczyny upadku

Zarówno Bogusław Bagsik, jak Andrzej Gąsiorowski wspominają, że wcześniej odegrali pewną rolę w akcji pod kryptonimem Most. Była to ogromna, bardzo dyskretnie przeprowadzona operacja przerzucenia setek tysięcy rosyjskich Żydów do Izraela przez Polskę. Czym dwaj młodzi ludzie zasłużyli sobie na takie zaufanie nieufnego wywiadu Izraela? Gąsiorowski dziś w rozmowie telefonicznej przyznaje, że nie dziwi się, iż służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo naszego kraju takie pytanie sobie zadawały. W tym dopatruje się też jednej z przyczyn dramatu Art B. Uznano ich za izraelskich agentów. Tych przyczyn było jednak więcej.

Pieniądze, jakie nabywcy montowanych w Wałbrzychu telewizorów Goldstar wpłacali na konta Art B, praktycznie stawały się dostępne dopiero po miesiącu. Przy dużej inflacji straty były ogromne. Banki nie miały ani komputerów, ani systemu wzajemnej łączności. – Dokumenty bankowe wysyłano pocztą. Niesprawność systemu bankowego była potęgowana niesprawnością poczty – tłumaczy Krzysztof Pietraszkiewicz, wtedy dyrektor w Urzdzie Rady Ministrów, obecnie Związek Banków Polskich. Czy wspólnicy Art B byli finansowymi geniuszami, którzy sami wpadli na to, że jak ktoś na tej niesprawności traci, to musi być ktoś, kto na niej zarabia? Czy może, jak sugerują inni, podpowiedział im to ktoś z byłych pracowników FOZZ (Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, powołanego do dyskretnego skupowania za granicą polskich długów; uważano, że operacje te prowadzili ludzie związani ze służbami), których zatrudniali w spółce? W każdym razie narodził się ich największy wynalazek – oscylator. Mechanizm wielokrotnego zarabiania na odsetkach od tych samych pieniędzy. Możliwy do zastosowania wtedy, gdy czeki (wożone przez artystów do banków w całym kraju nawet helikopterem) wędrowały od banku do banku krócej niż dokumenty bankowe. Banki doliczały odsetki do pieniędzy, których na kontach już nie było. Przy ówczesnej inflacji sumy były znaczne.

Andrzej Gąsiorowski twierdzi dziś, że o oscylatorze dyskutował z bankowcami na łamach „Gazety Bankowej”. I nikt nie powiedział wtedy, że jest nielegalny. Oscylator był drugą przyczyną upadku artystów biznesu.

Wiosną 1991 r. do Krzysztofa Pietraszkiewicza zaczęły dochodzić sygnały, że w bankach dzieje się coś złego. Ktoś masowo puszcza do obrotu czeki. Z Art B wypłynęło ich 6,2 tys. W tym samym czasie na rynku obrazów zapanowała hossa. Takich cen, jakie wtedy płacili handlarze pracujący dla Art B, nie notowano nie tylko w Polsce, ale nawet na świecie. Mimo że wysłannicy Bagsika, penetrujący aukcje, starali się być dyskretni i nie przepłacać. Goście przyjęć w pałacu w Pęcicach mogli podziwiać nawet Picassa i Renoira. Na mieście opowiadano też o obiadach czwartkowych, na które Bagsik, wzorem króla Stasia, zapraszał wybrane grono prominentów.

Partie przychodziły po pieniądze

Trzecią przyczyną upadku Art B była polityka. 16 czerwca 1991 r., u szczytu powodzenia artystów biznesu, dzwoni do nich Maciej Zalewski, ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Lechu Wałęsie. Zaprasza na rozmowę dwa dni później. Kontakty są bardzo intensywne, Maciej Zalewski bywa w Pęcicach, panowie spotykają się też w znanych restauracjach. Dowiadujemy się o tym prawie rok po ucieczce Bagsika i Gąsiorowskiego z kraju z wywiadu, jakiego Maciej Zalewski, polityk Porozumienia Centrum i były podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, udziela „Gazecie Wyborczej” (ukazuje się 17 lipca 1992 r.). W kraju mówi się już o tym, że artyści podczas licznych spotkań z polskimi prokuratorami w Izraelu (dokąd uciekli i obaj są jego obywatelami) wskazują na Macieja Zalewskiego jako tego, który ostrzegł ich przed aresztowaniem. Później sąd uwolni go od tego zarzutu, ale skaże na 2,5 roku wiezienia za wymuszenie od Art B pożyczki dla spółki Telegraf. Miała być medialnym imperium PC.

„Kluczem do rozumienia każdej firmy jest pytanie, skąd wziął się pierwszy milion – czytamy w wywiadzie. – W przypadku Art B krążyło wiele wersji: czy to pieniądze byłej PZPR, czy zachodniego kapitału, a może finansował ich obcy wywiad? Czy trudno sobie wyobrazić, że jako urzędnik odpowiadający za bezpieczeństwo państwa, próbuję dowiedzieć się czegoś na własną rękę, kiedy nie udaje mi się uzyskać żadnych informacji?”. Z dalszej części rozmowy dowiadujemy się, że nie chodziło tylko o bezpieczeństwo państwa, ważna też była obawa o dalsze losy partii, PC. „Pierwszy pean na cześć Art B ukazał się u was, w »Gazecie«. Mogłem się obawiać, że jest to firma kapitałowa związana z wami i że ona będzie jedną z waszych lokomotyw. Że to wasza firma. Rany Boskie, kupią Ursus, sprzedadzą chłopom ciągniki i Unia [Demokratyczna – przyp. red.] zdobędzie 25 proc. głosów więcej. Poleciałem do Leszka Kaczyńskiego: Leć do prezydenta, bo jeszcze zaraz zaczną nas załatwiać od strony chłopów. Taka sprawa mogła zaburzyć równowagę polityczną w kraju” – obawiał się Maciej Zalewski.

Były polityk, zaprzyjaźniony z artystami biznesu, uważa dziś, że Bagsik i Gąsiorowski finansowali wszystkie liczące się wtedy partie. Wspomogli też finansowo kampanię prezydencką. – Ich ewentualne aresztowanie nikomu nie byłoby na rękę. Po ich ucieczce odetchnęli wszyscy.

Remanent

Andrzej Gąsiorowski cały czas z tą samą żoną i dwojgiem dzieci mieszka w Izraelu, Bogusław Bagsik w Szwajcarii, często jednak bywa w Polsce. Dzieci są poza krajem, nie mówią po polsku. Przed kilkoma laty „Dziennik” twierdził, że obaj panowie zerwali ze sobą kontakty, gdyż Gąsiorowski wyraził jakoby gotowość wskazania likwidatorowi Art B majątku spółki, ukrytego jakoby przez Bagsika. Żaden z nich nie chce o tym mówić, ale obaj przyznają, że nic ich już nie łączy. Wielu do dziś zastanawia się, gdzie podziały się ich wielkie pieniądze? Po wybuchu afery media podawały, że wytransferowali do Izraela od kilkudziesięciu do 120 mln dol. I dlaczego dwaj tak utalentowani do biznesu ludzie nie pokazali światu, że naprawdę potrafią zarabiać?

Wyraźnie dziś przygaszony Andrzej Gąsiorowski zapewnia, że ciągle jest w biznesie, że jest w bardzo dobrej formie. Jedną z dziedzin jego obecnej aktywności są zaawansowane technologie umożliwiające odzyskiwanie i magazynowanie wodoru. – Żeby można go było wykorzystywać jako źródło energii albo do produkcji wody – mówi Gąsiorowski. – Głównie na takich rynkach jak Indie czy Brazylia.

Sporo czasu poświęca muzyce. Daje mu ona możliwość kontaktów z ludźmi z innego niż biznesowy świata. Żeby organizować duże koncerty, nie musi przecież wyjeżdżać z Izraela. O przyjeździe do Polski nie myśli. Spekuluje, że państwo po raz kolejny wydłuży czas, po którym przedawniają się afery gospodarcze. Można odnieść wrażenie, że na swój sposób zazdrości Bagsikowi. Tego, że wyrok ma już za sobą, jest wolnym człowiekiem.

Bogusław Bagsik sam sobie chyba jednak nie zazdrości. Daje do zrozumienia, że doprowadzenie do zatrzymania na lotnisku w Zurychu było jego własną decyzją. Wywołaną chęcią, żeby zacząć odbywać wiszący nad nim wyrok. Niech już wreszcie będzie wiadomo, kiedy się skończy. Wcześniej, podobno, wyjeżdżał już z Izraela wielokrotnie. Do USA, krajów Ameryki Południowej, ale także na Wyspy Kanaryjskie.

Po 4,5 latach aresztu, gdy po wpłaceniu 2 mln kaucji wyszedł na wolność, wydawało się, że wraca do biznesu. Został prezesem słabo radzącej sobie na wolnym rynku fabryki kożuchów w Kurowie. Miał jej przywrócić lata świetności. Jego prezesowanie zakończyło się kolejną aferą. Wybuchła, gdy okazało się, że zamówienie od wojska na uszycie futrzanych kurtek lotniczych Kurów uzyskał bez przetargu. I że policzył sobie za nie wyjątkowo drogo.

Ówczesne przekonanie Bagsika, że jego nazwisko i związany z tym rozgłos to marka, dzięki której można robić kolejne interesy, dziś już nie jest aktualne. Utwierdził się w tym po kolejnej aferze, tym razem związanej z boksem zawodowym. Na wielką galę boksu w katowickim Spodku udało mu się ściągnąć Tomasza Adamka i amerykańskiego menedżera Dona Kinga, ale potem okazało się, że wiele osób uważa, iż się z nimi nie rozliczył. Na świecie człowiek, który odbył wyrok, jest czysty. W Polsce można obrzucać go błotem. To ostatnie przemyślenia biznesmena.

Po wybuchu afery Art B długo nie było wiadomo, kto jest pokrzywdzony. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że katowicki Bank Handlowo-Kredytowy. Byli wspólnicy już kilka dni po wyjeździe z kraju, w Hanowerze, na jego rzecz przekazali cały, pozostający w kraju majątek Art B. Polskim prokuratorom, licznie przybywającym do Izraela, próbowali wyjaśniać, że nie złamali prawa. Dziś BHK już nie istnieje, a zespół zajmujący się likwidacją Art B ciągle z niej żyje. Likwidator nie chce na ten temat rozmawiać.

Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/kraj/1517696,2,bagsik-i-gasiorowski-20-lat-po-wielkiej-ucieczce.read#ixzz1cCWaDkF7

Założyciel Art-B Andrzej Gąsiorowski chce wrócić do Polski

Założyciel Art-B Andrzej Gąsiorowski chce wrócić do Polski

Paweł Szaniawski  (25.02.2011)

Andrzej Gąsiorowski, poszukiwany międzynarodowym listem gończym były szef Art-B, walczy o prawo powrotu do ojczyzny – dowiedział się „Newsweek”.

W połowie lutego mec. Wojciech Koncewicz skierował do warszawskiej prokuratury okręgowej wniosek o umorzenie postępowania karnego wobec przebywającego w Izraelu Gąsiorowskiego, bohatera jednej z najgłośniejszych afer III RP. Zdaniem adwokata czyny jego klienta przedawniły się już pięć lat temu, zatem powinien bez przeszkód wrócić do kraju jako wolny człowiek.

Innego zdania jest jednak prokuratura, która twierdzi, że jeśli Gąsiorowski przekroczy polską granicę, zostanie aresztowany.
– Dotychczas przedawnił się tylko jeden jego czyn. Większość pozostałych przedawni się dopiero w 2016 roku – mówi prok. Sławomir Modliński z Departamentu Współpracy Międzynarodowej w Prokuraturze Generalnej. Prokuratura okręgowa zapowiada więc, że wniosek Gąsiorowskiego o umorzenie zostanie odrzucony. Powołuje się przy tym na nowelizację kodeksu karnego sprzed kilku lat, która wydłużyła okres przedawnienia.

– Podstawowa zasada prawa karnego mówi, że jeżeli w czasie orzekania zmienia się prawo, należy stosować przepisy łagodniejsze dla oskarżonego. Zwłaszcza że w przypadku Andrzeja Gąsiorowskiego terminy przedawnienia liczone wedle zasad obowiązujących poprzednio minęły przed wejściem w życie tej nowelizacji – kontruje mec. Koncewicz. I dodaje, że jest gotów na batalię sądową, nawet w Strasburgu.

Pewne jest, że przedawnienie wobec Gąsiorowskiego biegnie od 1991 roku, kiedy wyjechał z kraju razem ze wspólnikiem Bogusławem Bagsikiem.

Dziś Andrzej Gąsiorowski żyje w Izraelu (ma paszport tego kraju). Bogusław Bagsik, nie chce komentować jego zmagań o prawo do legalnego powrotu.– Na stałe przebywam poza krajem i to jest chyba najpiękniejszy prezent, jaki mogłem sprawić swojej ojczyźnie – ucina.

Newsweek: Zamierza pan wrócić na stałe, odwiedzić tylko starych znajomych czy może otworzyć tu własny bank?

Andrzej Gąsiorowski: Firma Art-B działała w sumie niecałe dwa lata, jej likwidacja trwa już prawie 20 lat z perspektywą na dalsze dziesięciolecia. Z tego wynika, że najbardziej atrakcyjnym, bezpiecznym i intratnym zajęciem byłoby zostanie likwidatorem cudzego majątku lub firmy. Jak widać, taka posada gwarantuje brak konieczności konstruktywnego działania, nieograniczone źródło osobistych dochodów i całkowity brak ryzyka. Za zaniedbania i błędy jest się ściganym przez wymiar sprawiedliwości przez ponad 20 lat, gdy firmę się stwarza i rozwija.

Newsweek: Nie czuje się pan winny. Czy zamierza pan dochodzić swych praw w Strasburgu?

Andrzej Gąsiorowski: Tak, jeżeli nie będzie innej możliwości rozwiązania prawnego impasu.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.